wtorek, 9 lipca 2019

[Dylemat Charlie] Rozdział 1/Szkic/

Uwaga 1: To jest romans. 
Uwaga 2: Opowiadanie będzie krótkie (4-5 rozdziałów) i okresy czasu są tutaj zaznaczane bardzo niewyraźnie. 
Uwaga 3: Jest to opowiadanie urodzinowe, pisane dla własnej satysfakcji i dla samej idei umieszczenia bliźniaków w historii :-) 
Uwaga 4: Tony naiwności gwarantowane :-)

WSZYSTKIE ROZDZIAŁY ZALINKOWANE W ZAKŁADCE ,,INNE"

Nazywała się Charlene Simmons. Ci, którzy ją znali - a było ich niewielu - nazywali ją po prostu Charlie. Pewnego dnia zamieszkała na ranczu swojej babki, w małym, nieco zapuszczonym domku, pośród piaszczystych dróg i trawiastych pól, gdzie cisza i szum wiatru były jej jedynymi kompanami, na równi z nieskończoną kopułą nieba, rozciągającą się wzdłuż i wszerz pola jej widzenia. 
Charlie była spokojnym, grzecznym dzieckiem, marzeniem każdej matki - tylko nie własnej. Ta porzuciła ją na progu domu swej matki, babki Charlene, gdy pojawiła się dla niej szansa ponownego zamążpójścia. Jej pierwszy mąż, ojciec dziewczynki, zniknął pewnego dnia z ich życia, nie zabierając ze sobą nawet szczoteczki do zębów, by po pewnym czasie przysłać dokumenty rozwodowe. Charlie nie pamiętała z tego okresu zbyt wiele, oprócz matki pakującej rzeczy ojca do wielkich, czarnych worków, które wylądowały w huczącej śmieciarce następnego dnia. 
Bez zbędnych pytań i formalności mała blondynka została przekazana w spracowane, nieco drżące dłonie Elli McCoy. Kobieta przeżyła już ponad pięćdziesiąt lat na swoim kawałku ziemi i jej ciało wskazywało na to, że przeżyła je pracując ciężko i poczciwie, by zarobić na swój kawałek chleba. Posiadała tyle, by sama się z tego utrzymywać od ponad dziesięciu lat, kiedy do wieczności odszedł jej ukochany mąż. Ella przejęła wszystkie obowiązki związane z utrzymaniem ziemi, lecz wkrótce po przyjęciu pod dach swojej blondwłosej wnuczki, stan jej zdrowia nieco się pogorszył i kobieta została zmuszona do najęcia pomocy. 
Do sąsiedztwa sprowadził się Daniel Murray z żoną, dwójką synów i córką. Mieszkali jednak tak daleko, że minął niemal rok, zanim Charlie poznała przyszłych towarzyszy zabaw. Zresztą, dziewczynka była już tak przyzwyczajona do samotności i spędzania czasu z dala od innych dzieci, że wcale jej to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie, zabawy w puszczaniu kaczek nad jeziorem, obserwacja leniwie płynących po niebie chmur i łapanie świerszczy całkowicie pochłaniały jej uwagę i wystarczały do szczęścia. Poza tym, w wolnych chwilach pomagała babci Elli w kuchni, ucząc się piec urocze ciasteczka i przyrządzać proste potrawy. 
Dziewczynce nie przeszkadzał fakt, że matka nie interesowała się nią zupełnie. Od momentu, gdy Charlie została przekazała w opiekuńcze ręce babki, ani razu nie zadzwonił telefon obecny w salonie, a w słuchawce nie rozległ się tak dobrze znany dziewczynce głos. Nie tęskniła. Ojca już nawet nie pamiętała - była za mała, by przypomnieć sobie jego twarz. Małe serduszko wypełniło się natomiast miłością do wielkiej, niezmąconej hałasem przestrzeni, zieleni i ciągnących się w nieskończoność piaszczystych dróg, które takiej małej dziewczynce wydawały się drogami do gwiazd, tych cudnych, błyszczących punktów rozsypanych po nocnym niebie, w które z uwielbieniem wpatrywała się z okna swojego pokoiku, gdy opadała zasłona zmierzchu. 
Daniel Murray przyjeżdżał i odjeżdżał bez zapowiedzi, przedstawiając plany i rachunki, zyski i inwestycje. Początkowo nie zauważał nawet kręcącej się w pobliżu Charlie, a gdy w końcu spotkał się z nią na werandzie, gdzie dziewczynka odpoczywała w hamaku, oglądając książkę z obrazkami, po raz pierwszy powziął postanowienie, że następnym razem przywiezie ze sobą jedno ze swoich dzieci. Jednak ta myśl zaplątała się gdzieś pośród innych, codziennych spraw i gdy pan Murray zawitał w progi Ellen trzy miesiące później, zupełnie o tym pomyśle zapomniał. Gdy jednak Charlie pojawiła się w kuchni, nie omieszkał zapytać Ellen o okoliczności, w jakich dziewczynka znalazła się pod jej opieką. 
Dwa miesiące później Charlene poznała Libby Murray. 
Kontrast pomiędzy dziewczynkami był ogromny. Libby, ubrana w białą sukienkę, błyszczące sandałki i z modną, kwiecistą opaską w kręconych, kasztanowych włosach, wysiadła elegancko z samochodu ojca, rozglądając się z ciekawością wypisaną na dziecięcej twarzy. Charlene, która dopiero co wróciła ze spaceru, ubrana była w zakurzone spodenki i naderwaną kolorową koszulkę - zaczepiła nią o gałąź drzewa rosnącego nad strumieniem, gdzie dziewczynka zbierała błyszczące kamienie. Krótkie włosy miała potargane i nieco zakurzone, choć twarz i ręce zdążyła umyć. Ramiona i kolana nadal nosiły jednak ślady niedawnej zabawy. 
Libby Murray... nie była pod wrażeniem. Jej mały nosek zmarszczył się, a ciemne, brązowe oczy zmrużyły, tracąc cały swój wcześniejszy blask. 
Ja mam się bawić z... tym? - pomyślała dziewczynka, która nigdy w swoim krótkim życiu nie odważyłaby się nawet dotknąć kamienia u swoich stóp, by się nie ubrudzić. 
Charlene jednak zareagowała ciekawością i zachwytem na widok eleganckiej koleżanki, co z kolei wpłynęło na samą Libby, która - widząc w oczach stojącej naprzeciw niej dziewczynki podziw i zachwyt - natychmiast poczuła się gościem honorowym. 
Godzinę później dziewczynki siedziały w zacienionym kącie schodów werandy, gdzie zwierzały się sobie ze swoich najskrytszych tajemnic. Głównie mówiła Libby, opowiadając o swoich sukienkach, zabawkach i koleżankach z miasta, z którymi spotykała się regularnie co weekend, gdy cała jej rodzina udawała się do swojego mieszkania w mieście.
Charlene wpatrywała się w swoją nową koleżankę z zachwytem i błyszczącymi oczami, zaskarbiając sobie tym samym miłość Libby, łasej na pochlebstwa i zachwyty nad swoją osobą. 
Tego wieczoru obie dziewczynki poszły spać zachwycone i szczęśliwe. 
Czas miał pokazać, ile ta przyjaźń miała przetrwać. 

Nieco inaczej miała się sprawa z chłopcami. Daniel, naturalnie, przywiózł ich pewnego popołudnia, by zapoznali się z nową koleżanką. Charlie ponownie miała na sobie krótkie spodenki i już zacerowaną koszulkę, ale chłopcy nie byli pod wrażeniem, zwłaszcza, że nieprzyzwyczajona do towarzystwa przedstawicieli płci przeciwnej Charlie wyraźnie chciała uniknąć ich towarzystwa. W dodatku żaden z nich nie posiadał daru wymowy, jakim szczyciła się ich młodsza siostra, więc rozmowa nie kleiła się zupełnie. David, odważniejszy z bliźniaków, poinstruowany przez matkę, starał się dowiedzieć co nieco o swojej nowej koleżance, ale ponieważ William, drugi z bliźniaków, wiecznie bujający w chmurach, wyglądał na znudzonego i niezainteresowanego, peszył dziewczynkę, ta niewiele odpowiadała, bojąc się powiedzieć coś niestosownego. Chociaż jej usposobienie i zainteresowania szybko zjednałyby jej sympatię chłopców, nieśmiałość i niedoświadczenie doprowadziły do zupełnej porażki podczas ich pierwszego spotkania. 
Potem nadeszło popołudnie, gdy Daniel przyjechał ze swoją żoną, Carrie, a ona, ujęta nienagannym zachowaniem dziewczynki, jej nieśmiałością i spokojem, zaprosiła ją do siebie. A ponieważ Ella była bardziej niż zadowolona z tego pomysłu, Carrie Murray zaproponowała, by dziewczynka spędzała z nimi weekendy w mieście, by poznać rówieśników. Charlie jednak przeraziła ta idea. Miałaby zrezygnować z samotnych, lecz ekscytujących wycieczek do doliny, jeziora i strumienia w lesie na wschodzie? Miałaby zrezygnować ze swych wędrówek i snutych marzeń? 
Jak jednak wyjaśniła jej babcia, już wkrótce Charlie miała zacząć chodzić do szkoły, więc było wskazane, by poznała życie w mieście i rówieśników. Dziewczynka, jak zawsze grzeczna i posłuszna, zgodziła się na ten plan. 
Wycieczka samochodem okazała się nad wyraz przyjemna. Posadzono ją obok Libby, która oczywiście przejęła pałeczkę i poprowadziła rozmowę na znane sobie tory. Bliźniacy siedzieli  z tyłu, czytając komiks. Ich czarne czupryny niemal stykały się ze sobą, gdy pochylali się w skupieniu nad stronami pełnymi obrazków. Obaj posiedli sztukę czytania - na tę chwilę literowali z trudem, ale było to oczywiście wielkie osiągnięcie jak na chłopców w ich wieku - i Charlie musiała przyznać, że szalenie zazdrości im tej przyjemności. Gdy zatrzymali się na stacji benzynowej i wszyscy wysiedli na chwilę, by odpocząć, a Libby wraz z matką skierowały kroki do toalety, Charlene z wahaniem podeszła do bliźniaków, chichoczących wesoło nad stronami komiku, z ciekawością przyglądając się obrazkom i dymkom z tekstem. 
- Chcesz przeczytać? - spytał David, spoglądając niepewnie na dziewczynkę. 
- Nie umiem - przyznała nieśmiało Charlene, nie odrywając wzroku od gazety. - Nigdy nie widziałam takich obrazków. O czym to jest? 
David wyjaśnił i wkrótce cała trójka siedziała pochylona nad obrazkową historyjką. Charlene ze zdumieniem słuchała, jak bliźniacy składają z obrazków i symboli słowa, układające się w całą historię widoczną na kolorowych panelach. Dziewczynka była tak zaabsorbowana, że często prosiła o powtórzenie całego zdania i przyklaskiwała, gdy chłopcy płynnie tłumaczyli nieznane jej znaki na zrozumiałe słowa. 
Tego dnia chłopcy uznali, że Charlie jest całkiem w porządku. 

Wkrótce dzieci rozpoczęły swoją przygodę ze szkołą i Charlie w pełni doceniła swoje nowe przyjaźnie. Sam fakt nauki nie przerażał dziewczynki - wręcz przeciwnie, była chętna i pracowita. Spędziwszy jednak większość dzieciństwa w odosobnieniu, korytarze pełne nieznanych jej dzieciaków, rozkrzyczanych i roześmianych, często też agresywnych i krytycznie oceniających, przyprawiły ją niemal o atak paniki. Na szczęście Charlie znalazła się pod opieką starszych i bardziej doświadczonych od niej w szkolnym życiu Davida i Williama, a także Libby, również rozpoczynającą swoją szkolną przygodę. Nikt nie musiał chłopcom przypominać, by mieli oko na swoją nową koleżankę. Ponieważ kochała komiksy miłością równie gorącą, co chłopcy, na każdej niemal przerwie spotykali się z nią, by dzielić się i wymieniać gazetkami i książkami, a także wrażeniami z lektury. Jak się także okazało, William i Charlie dzielili ze sobą jedną i tę samą wrażliwą duszę - płakali przy tych samych smutnych scenach i śmiali się w tych samych momentach, z tych samych żartów i sytuacji. Z Davidem Charlie dzieliła ducha przygody, ale też naturę samotnego wilka i potrzebę rozwoju, a także poczucie odpowiedzialności. 
Do tego świata Libby nie miała wstępu. Za to Charlie z chęcią poznawała świat Libby - pełen elegancji, mody i chłopców. Charlie rumieniła się za każdym razem, gdy jej przyjaciółka wspominała o tym czy owym koledze, któremu pozwoliła pożyczyć sobie ołówek czy gumkę, z którym szła przez park, a któremu pozwoliła się pocałować (w policzek!). Charlie czuła się bezpiecznie w towarzystwie bliźniaków, i mogłaby z nimi chodzić przez park nawet z pięć czy dziesięć razy dziennie, ale nie wyobrażała sobie, by mogła się z kimś całować. Oczywiście, nigdy się z takich myśli nie zwierzyła swojej przyjaciółce, która najwyraźniej uważała niektóre rzeczy za całkiem naturalne, ale Charlie doszła do wniosku, że może źle do tego podchodzi. Libby zawsze mówiła o obcych chłopcach, więc może w tym tkwił sens? 
Charlie przez bardzo długi okres czasu nie była zainteresowana żadnym chłopcem, bliskim czy obcym, podczas gdy Libby brylowała. Owijała sobie chłopców wokół małego paluszka, a dziewczyny błagały, by się z nią przyjaźnić. Ona jednak tylko zadzierała nosa i śmiała się dźwięcznie. Oczywiście, pochlebiało jej to i dziewczyna nie odtrącała nikogo, powiększając grono swoich przyjaciół, ale to Charlene stała się powierniczką jej największych sekretów. Dlatego to ona jako pierwsza usłyszała imię chłopca, którego Libby Murray obdarzyła pierwszym poważnym uczuciem. 
Obie dziewczyny siedziały w pokoju Libby, słuchając muzyki w stylu disco - ulubionej przez właścicielkę tegoż pokoju - i malowały paznokcie. Charlie dość nieporadnie, więc jej przyjaciółka musiała przychodzić jej z pomocą. Obie miały z tym wiele zabawy. 
- Wiesz... - zaczęła nagle Libby, spoglądając z niemałym rozbawieniem na swoją towarzyszkę - moi rodzice rozmawiali ostatnio na twój temat. To znaczy, między innymi na twój temat. 
Charlie uniosła w zdumieniu brwi. Jej jasnoniebieskie oczy rozbłysły w świetle biurkowej lampki.
- Mówili o mnie? 
- Oj, nie patrz tak na mnie. Podsłuchałam ich rozmowę przypadkowo. 
- Rozumiem, że chodziło o coś ważnego? - Charlene nie mogła do końca zrozumieć, o czym państwo Murray mogliby rozmawiać.
- Nie jestem pewna. To znaczy, nie wiem, czy dla ciebie będzie to aż takie ważne. 
Charlie zmarszczyła brwi. 
- Zaczynam się martwić, Lib. O co chodzi? 
Libby usiadła wygodniej na krześle. 
- Rodzice rozmawiali o tym, jak dobrze by się stało, gdyby któryś z moich braci zakochał się w tobie. I gdybyś stała się częścią naszej rodziny już na stałe. 
Charlie poczuła nagły zawrót głowy. Zbladła, a jej oczy rozszerzyły się ze zdumienia - lub strachu. Dłoń, która zaciskała się na zakrętce z pędzelkiem od lakieru, zatrzęsła się. 
- Ja... 
Prawdę mówiąc, Libby nigdy nie podsłuchała takiej rozmowy. Państwo Murray żywili co prawda pewne nadzieje, że ta miła i dobrze wychowana dziewczyna wzbudzi zainteresowanie chłopców, nigdy by jednak nie wypowiedzieli tych myśli na głos. Libby po prostu uprościła wszystkie zasłyszane w szkole plotki, które powtarzały jej przyjaciółki, nieco zaniepokojone obecnością krótkowłosej, szczupłej blondynki u boku chłopców, którzy niejednej dziewczynie wpadli w oko. Zamiast jednak uznać to za atut, wszystkie uznały ją za przeszkodę nie do pokonania. Ktoś szepnął jedno słowo, drugi je podchwycił i rozdmuchał, z czego powstała plotka o Charlie i bliźniakach. Plotkarze nie mogli się jednak zdecydować, czy dziewczyna wygląda na bardziej zżytą z Williamem, czy jednak Davidem. 
Libby sama była ciekawa, jak ta sytuacja wygląda. Wiedziała, że starsi bracia już dawno przekroczyli wiek, w którym dziewczyny jawiły im się jako irytujące istoty z odrębnego świata, i weszli w wiek zainteresowania biologią płci przeciwnej. Bujająca w chmurach Charlie oczywiście nie była świadoma tego faktu oraz tego, że chłopcy chowają przed nią innego rodzaju ,,komiksy". Zrozumiałaby, gdyby ktoś jej powiedział, ale do tego momentu żyła w nieświadomości. 
Tak, jak teraz zrozumiała, dlaczego ktoś mógłby łączyć jej przyszłość z chłopcami, z którymi była tak zżyta. 
Libby odchrząknęła nieelegancko i szybko odkaszlnęła. 
- Nie bierz tego sobie do serca, Charlie. Właściwie... ty chyba nigdy się nimi nie interesowałaś, prawda? 
Dziewczyna nadal była blada. 
- Ja... nie wiem... Czy sprawiam chłopakom duży problem? 
- Tym bym się nie martwiła. Oni też nigdy na ciebie nie patrzyli w ten sposób, wiesz - Libby uspokajała przyjaciółkę. 
- Na pewno? - Głos dziewczyny przypominał szept. 
- Jasne. Jesteś prawie częścią naszej rodziny. Możesz ich zapytać, ale pewnie odpowiedzą, że traktują cię jak siostrę. 
Charlie zadrżała, a Libby, ukontentowana, wróciła do malowania paznokci, nie podejrzewając nawet, jaką burzę wywołała w sercu niewinnej duszyczki swojej przyjaciółki. 

2 komentarze:

  1. Hejka, hejka
    wspaniale, podoba mi się to opowiadanie, ale czy przypadkiem jeden z bliźniaków nie zakochal sie w Charlie? a Lizzi jaką burze wywołała...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Żaneta

    OdpowiedzUsuń
  2. Hejeczka,
    fantastycznie, podoba mi się to opowiadanie ale czy przypadkiem jeden z bliźniaków nie zakochal sie w Charlie ale Lizzi jaką burze wywoła...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń