niedziela, 29 lipca 2012

Rozdział 4: Wizyta doktor Karin


Nazajutrz obudziłam się o zwykłej porze, to znaczy koło godziny szóstej rano. Zwykle wyskakiwałam z łóżka, przemywałam pobieżnie zaklejone snem powieki w zimnej wodzie i rzucałam się w wir pracy, która już na nie czekała. Sprzątanie korytarzy, mycie okien, sprzątanie pokojów księżniczek, pranie, gotowanie, podawanie do stołu… Ten poranek jednak był inny. Wiedziałam, że nie muszę się zrywać na równe nogi i przygotowywać na kolejny dzień spędzony na wytężonej pracy. Mistrz Jue nie podał mi żadnych instrukcji co do dnia dzisiejszego, tak więc postanowiłam – po raz pierwszy w swoim życiu – poleniuchować. Wykorzystać czas na wpatrywanie się w sufit i leniwe liczenie mijających chwil.
Poczułam, że po raz pierwszy od bardzo dawna moje ciało się rozluźnia, a na usta wypływa uśmiech, którego nie potrafiłam powstrzymać. Wiedziałam, że musiałam wyglądać co najmniej dziwnie, wpatrując się łuki tworzone przez sęki drzewa widoczne nad moją głową, z uśmiechem przyklejonym do ust. Nic nie mogłam jednak na to poradzić. Myśl o tym, że w końcu mogę tak po prostu leżeć, niczym się nie przejmując, napawała mnie… radością. Tak właśnie.
Drgnęłam, kiedy usłyszałam przytłumiony trzask zamykanych drzwi. Zrozumiałam, że to odgłos drzwi oddzielających pokój Jue od biblioteki, ale i tak poderwałam się do pozycji siedzącej, poprawiając na sobie włosy i ubranie, po czym spuściłam nogi na podłogę, próbując wyłowić jakikolwiek odgłos, który powiedziałby mi, czy dzieje się coś wymagającego mojej uwagi.
Rozległo się pukanie do drzwi mojego pokoiku.
- Lan Stovenhauer? Uczennica Mistrza Jue Metro?
Przełknęłam ślinę, gorączkowo szukając obok łóżka miękkich kapci, które wczoraj otrzymałam. Znalazłam je w końcu za rogiem małej, nocnej szafki – nie miałam pojęcia, jak się tam znalazły. Nie miałam jednak czasu się w tym momencie nad tym zastanawiać, tylko szybko doskoczyłam do drzwi i otworzyłam je, czując, jak rumieniec wstydu oblewa moje policzki. Wstydziłam się tego, że nadal jestem w koszuli nocnej, zupełnie nieprzygotowana na przyjmowanie gości.
Przede mną stała kobieta w średnim wieku, o zdecydowanie surowym wyrazie twarzy, ubrana w dość obcisły, biały uniform, eksponujący kościste kształty noszącej go osoby. Ciemnoszare włosy miała spięte na czubku głowy w bardzo ciasny kok, na widok którego lekko się skrzywiłam. Wiedziałam bardzo dobrze, że ta fryzura potrafi przyprawić człowieka o ból głowy.
- Jest jeszcze wcześnie, ale obawiam się, że później nie będę miała czasu się tobą zająć. Chodź ze mną.
- T… Teraz?
- Ruszaj się, dziewczyno!
Spłonęłam jeszcze mocniejszym rumieńcem.
- Ale jestem tylko w koszuli…
- I dobrze, ułatwi mi to zadanie. Chodź ze mną, nie przejmuj się swoim wyglądem. O tej porze i tak nikogo nie spotkamy w drodze do mojego gabinetu.
Nie miałam odwagi zapytać, o jakim gabinecie mowa. Nie chcąc zirytować kobiety, która najwyraźniej nie lubiła słuchać słów sprzeciwu, posłusznie podreptałam za nią.
Kilka minut później, wjechawszy platformą na jedno z wyższych pięter, znalazłam się w bardzo sterylnym pomieszczeniu wyposażonym w wąskie łóżko owleczone zielonym prześcieradłem, biurko zapełnione papierami i stertą teczek, jedno wygodne krzesło oraz szafki, ciągnące się od podłogi do sufitu, na których roiło się od słoiczków, fiolek, pudełek i książek.
- Połóż się.
Kobieta niedbałym gestem dłoni wskazała łóżko, nachylając się jednocześnie nad rozrzuconymi na blacie biurka papierami. Po chwili szperania wyciągnęła plik spiętych kartek, wzięła do ręki długopis i usiadła na krześle, zakładając nonszalancko nogę na nogę.
Widząc, że kobieta czeka na moment, kiedy w końcu wykonam jej wcześniejsze polecenie, szybko znalazłam się na łóżku, przybierając sztywną pozycję. Materac pod moimi plecami okazał się zaskakująco twardy. Bardzo znajomo twardy. Natychmiast przypomniało mi się łóżko, na którym sypiałam w zamku.
- Nazywasz się Lan Stovenhauer, tak?
- Tak, proszę pani.
Zapisała coś szybko długopisem na trzymanych kartkach.
- Ile masz lat?
- Dwanaście.
Moja odpowiedź wywołała u kobiety pomruk niekrytego niezadowolenia. Zaniepokoiła mnie ta reakcja, ale nadal bałam się pytać. Wyraz twarzy tajemniczej kobiety bardzo skutecznie hamował wszystkie moje zapędy i dusił ciekawość w zarodku. Czułam, że powinnam się po prostu podporządkować, a wszystkiego dowiem się w swoim czasie. Odpowiednim czasie.
I miałam rację.
- Mistrz Metro pewnie ci tego nie powiedział, ale jeszcze nigdy w Gildii nie było tak… rozwiniętej uczennicy. Dwanaście lat to wiek, w którym adeptki czarownic tracą płodność, a wśród uczennic na łowczynie wybiera się pierwszych kapitanów. Twoje rówieśniczki, które obecnie pobierają naukę w Gildii, mają za sobą od pięciu do siedmiu lat nauki.
Otworzyłam szerzej oczy. A więc wyglądało na to, że do Gildii trafiłam zdecydowanie za późno… Czy teraz zostanę odesłana do zamku? Już sobie wyobrażałam lekceważący uśmieszek madame Irie i szyderstwa innych dziewczyn. A król? Ułaskawił mnie na życzenie Łowców, którzy zobaczyli we mnie coś, co ich zainteresowało. Jak się zachowa, gdy wrócę z podkulonym ogonem?
Kobieta ponownie zanotowała coś na kartkach. W ciszy, która zapadła, usłyszałam ciche skrobanie końcówki długopisu po papierze.
- Powiem to wprost, Lan – oświadczyła nagle kobieta, kierując na mnie uważne spojrzenie błękitnych, lodowatych oczu. – Jeżeli się nie przyłożysz, istnieje duża szansa na to, że zostaniesz zastąpiona przez młodszą kandydatkę. Nie jesteś pierwszą, którą Reth wybrał na towarzyszkę Jue. Obawiam się też, że nie ostatnią.
Czułam, że moje oczy wypełniają się łzami.
- A… co się stało… z innymi kandydatkami? – wykrztusiłam, co przyszło mi z trudem, gdyż z całej siły zaciskałam zęby, powstrzymując płacz. Wizja powrotu do zamku stawała się coraz wyraźniejsza. Groźniejsza.
Kobieta ruchem dłoni poprawiła nienagannie ułożone włosy, po czym przekrzywiła głowę. Końcówka długopisu ponownie zawisła nad kartką.
- Zauważyłaś już u siebie miesięczne krwawienie?
W jednej chwili spłonęłam rumieńcem.
- Ale… co to…
- To zostanie między nami. Odpowiedz, Lan.
Przełknęłam ślinę, po czym skinęłam głową.
- T… Tak, jakieś pół roku temu…
- Doskonale. To może być twoja szansa. Może nie jedyna, jeśli uda ci się w krótkim czasie wystarczająco opanować swoje zdolności, ale na razie trzymajmy się tego.
Rzuciłam kobiecie ostrożne spojrzenie.
- Przepraszam, ale… jakie to ma właściwie znaczenie? To znaczy…
- Pierwsza towarzyszka Mistrza Jue, Mai Noland, wybrana oczywiście przez Retha, okazała się bezpłodna. Ze względu na posiadane zdolności pozwolono jej nadal towarzyszyć Mistrzowi Jue na polowaniach, ale od tego czasu trzykrotnie przydzielano mu nowe kandydatki na uczennice. Wszystkie wybrane przez Retha.
- Więc… ja mam być…
- Tego nie wiem. Może się okazać, że Reth ponownie się pomylił. Jeśli tak się stanie, a ty nie będziesz chciała wracać do życia, które prowadziłaś na zamku, będziesz musiała wykazać się posiadaniem nieprzeciętnej mocy. Nie martw się, z pewnością nie będziesz jedyna. Co roku znajdujemy ponad tuzin osób, które podchodzą do tej próby.
Kobieta skończyła pisać, odsunęła się wraz z krzesłem, po czym wstała i zdjęła jedno z plastikowych pudełek leżących na półeczkach. Wyjęła z niego, jak zauważyłam, mały, lśniący przedmiot w kształcie łezki, zakończony ostrą, krótką igiełką oraz podłużny przedmiot przypominający rurkę.
- Pobiorę teraz trochę krwi do badania – powiedziała, stając nade mną. – Odsłoń zgięcie w przedramieniu.
Nawet nie poczułam ukłucia, a przedmiot w kształcie łzy szybko został schowany do pudełka, które powędrowało na półeczkę z innymi, podobnymi pojemnikami. Kobieta przyczepiła do pudełka karteczkę z moim imieniem, po czym wróciła do mnie z rurkowatym przedmiotem w dłoni.
- W zasadzie mogłabym zapytać, ale jako lekarz czuję się w obowiązku sprawdzić fakty własnoręcznie, by mieć pewność.
Nabrałam złych przeczuć.
- Co pani…
- No dobrze, najpierw zapytam. Czy byłaś kiedyś z mężczyzną?
- Ja… nie! Nie!
Wiedziałam, o co pyta. Nie musiałam wcale prosić o uściślenie pytania. Rurkowaty przyrząd był jedyną podpowiedzią, jakiej potrzebowałam w tym momencie.
Kobieta westchnęła.
- Właśnie takiej odpowiedzi się spodziewałam… Muszę to jednak udokumentować, więc…
Przełknęłam ślinę. Zrozumiałam, że się nie wywinę.

Kiedy wróciłam do pokoju, na stoliku czekało na mnie ułożone na srebrnej tacy śniadanie składające się z pachnących świeżością bułek, masła, kilku plasterków sera, białego twarożku w miseczce i sałatki owocowej z posiekanych w kosteczkę owoców. Oprócz tego na tacy znajdował się również pękaty czajniczek, w którym wyczułam herbatę, oraz dwie filiżanki.
Czując, że burczy mi w brzuchu, odłożyłam teczkę z dokumentami otrzymanymi od doktor Karin – gdyż tak nazywała się kobieta, która mnie przebadała tego poranka – i usiadłam przy stoliczku, gotowa pochłonąć wszystkie te pachnące bułeczki w kilka chwil, ale przeszkodziło mi w tym pukanie do drzwi, a zaraz potem gość w postaci Mai Noland. Poderwałam się szybko, wykonując eleganckie dygnięcie.
- W czym mogę pomóc?
Dopiero w momencie wypowiadania tych słów uświadomiłam sobie, że wcale nie musiałam ich wymawiać. Spłonęłam więc rumieńcem, wstydząc się faktu, że instynktownie zachowałam się jak służąca, którą przecież w tym momencie nie byłam.
- Nie ma Jue?
Powiedziała to obojętnym tonem głosu, ale ja natychmiast wyczułam nutkę zdenerwowania, która kryła się w tym pytaniu.
- Niestety, nie było go, gdy się obudziłam – odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
- Och? Nic ci nie powiedział? Swojej… nowej uczennicy?
Drgnęłam. Czułam, że dziewczyna czegoś ode mnie chce, prowokując tymi słowami. Nie wiedziałam tylko, co to mogło być. Ogarnęło mnie jednak złe przeczucie.
Postanowiłam być tak ostrożna ze swoimi odpowiedziami, jak to tylko możliwe.
- Dlaczego Mistrz Jue miałby mnie informować o tym, gdzie wychodzi?
Mai uśmiechnęła się dość nieprzyjemnie, a w mojej głowie natychmiast rozbrzmiał głos doktor Karin, mówiący o bezpłodności stojącej przede mną dziewczyny. Nie miałam pojęcia, dlaczego właśnie w tym momencie o tym pomyślałam, ale natychmiast poczułam coś na kształt współczucia. Potrafiłam sobie wyobrazić, jakim ciosem musiała być dla niej ta wiadomość.
- Nie wiesz? Mistrzowie dzielą się taką wiedzą ze swoimi podopiecznymi. To… wyraz zaufania. Od kiedy wyznaczono mnie na partnerkę Jue, zawsze wiedziałam, gdzie on jest. Dziwi mnie, że tym razem wybrał sobie kogoś tak… niekompetentnego. Heh, jestem ciekawa, jak długo wytrzymasz…
Była taka arogancka! Miałam ochotę odpowiedzieć jej tak, by poszło jej w pięty, ale… nie miałam pojęcia, jak. I w zasadzie czułam, że popełniłabym straszną głupotę, gdybym w tym momencie powiedziała coś niestosownego. Z tego bowiem, co już zrozumiałam, Mai nosiła tytuł kapitana, czyli kogoś znacznie ważniejszego ode mnie. Nie powinnam się więc unosić, choćby nie wiem co.
Mai sięgnęła po kosteczkę owocu z sałatki, po czym wsunęła ją do ust. Przez chwilę panowała miedzy nami cisza.
- Więc? – zapytała nagle dziewczyna, opierając dłonie na biodrach. – Jaki jest wynik?
- Słu… Słucham?
- Oj, nie udawaj. Wiem, że byłaś dzisiaj przebadana. Chcę wiedzieć, czy do czegoś się w ogóle nadajesz.
Nie czekając na moją odpowiedź, sięgnęła po teczkę z dokumentami, którą przyniosłam ze sobą. Szybko ją otworzyła i wyjęła zapisane drobnym pismem doktor Karin kartki. Chciałam do niej doskoczyć i odebrać to, co należało do mnie, ale… nie potrafiłam. Unieruchamiała mnie świadomość, że stoję przed kimś, kto ma większy autorytet ode mnie. Mogłam więc tylko w ciszy przypatrywać się, jak wzrok Mai przesuwa się po linijkach tekstu, czekając na komentarz. Na pewno nieprzyjemny.
- Ha! – krzyknęła w końcu, odrzucając gwałtownie kartki na stolik, jakby parzyły ją w palce. Spojrzenie fiołkowych oczu spoczęło na mnie, sprawiając, że cofnęłam się o dwa kroki.
Nigdy nie czułam takiej nienawiści!
- No proszę, tym razem ten cholerny anioł znalazł sobie całkiem zdrowy okaz! I to w nienaruszonym stanie!
Zacisnęłam palce na tkaninie sukienki najmocniej, jak potrafiłam, aż pobielały mi knykcie. O co w tym wszystkim chodziło? Dlaczego Mai patrzyła na mnie z taką nienawiścią?
- I tak nie wytrzymasz tutaj więcej niż kilka dni! – syknęła jeszcze, po czym odwróciła się na pięcie i trzasnęła drzwiami, zostawiając mnie wreszcie samą.
Biorąc kilka głębokich oddechów, by się uspokoić, podeszłam, by włożyć dokumenty do teczki, którą tym razem włożyłam do najwyższej szuflady komody. Najchętniej schowałabym ją bardzo, bardzo głęboko, ale doktor powiedziała, że mam te dokumenty przekazać mojemu Mistrzowi. Oczywiście sprzeciwiałam się, ale doktor Karin wyjaśniła, że opiekujący się mną Mistrz jest osobą, która musi orientować się w moim stanie zdrowotnym i że to on będzie czynił dalsze notatki w tych dokumentach, które co jakiś czas będą sprawdzane przez doktor Karin.
Odwracając się, by spojrzeć na czekające na mnie śniadanie, stwierdziłam, że jednak nie jestem głodna.
Wróciłam więc do swojego pokoju i wsunęłam pod kołdrę, pragnąc zapaść się pod ziemię.


***
Lubię pisać dla siebie... *pół żartem, pół serio* :D
Rozdziały będą coraz głupsze, ale skoro tylko ja się nimi cieszę... 
Freedom :D

2 komentarze:

  1. hm..mialam wrazenie,że kobieta chce przebadać Lan :O i to dość... szczegółowo :x

    Biedna Lan... niby taka młoda,a jednak...stara ;P Jue będzie musiał z nią siedzieć po nocach, by nadrobiła stracone lata ;x

    COOOOOOOO?! nie rozumiem... Reth wybrał partnerkę Jue? Przyszłą matkę jego dzieci, czy tak? O_O To ma być zansa Lan? jej wielkie osiągnięcie? Urodzić dzieciaka Jue? NO NIE! Co to ma być? Czy najwiekszym osiagnieciem kobiety zawszemusi byc powolanie do zycia potomka jakiegos silnego faceta? a fe! -.-
    holy crup.... i jeszcze sprawdziła, czy ma błone dziewiczą *dead* nie wiem jak lan, ale ja to odbieram jako upokorzenie jej ;O Do tego jeszcze Mai... jej zachowanie mogę zrozumieć. w przeciwieństwie do Lan nie jest "zdrowy okazem",wiec musi byc potwornie zazdrosna. Biedna Lan... jeszczemusi pookazać medyczną dokumentację Jue.... nie odważyłabym się dać mu tego do ręki...czy doktorka nie mogła sama mu tego przekazać? oszczedziłaby wstydu Lan :x Może dziewczyna położy to w jego pokoju,salonie etc... a Jue, może jest w pewnym stopniu wrazliwy, wezmie dokumentacje i nigdy wiecej o niej nie wspomni? ;x

    Liściak

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Intuicja cię nie zawiodła ^.^ Drobiazgowość badań kandydatów jest jednak bardzo ważna - jako że praca Łowcy to przede wszystkim korzystanie z dostępnej siły fizycznej (mięśni), a także użycie siły psychicznej (mózg + energia ciała). Nauka uzyskiwania równowagi w użyciu tych dwóch sił wymaga przynajmniej 2-3 lat nauki, w trakcie której wiele kandydatek musi poświęcić nawet możliwość zostania w przyszłości matką (trening może się zakończyć bezpłodnością kandydatki). "Czystość" w sensie fizycznym odpowiada natomiast za łatwość wydobywania z siebie własnej energii - wszelkie kontakty fizyczne zakłócają przepływ magii w ciele i tylko doświadczone Łowczynie potrafią łączyć ze sobą energie we własnym ciele. Na przykład, gdyby Lan posiadała naturalnie zdolność korzystania z magii ognia, ale w międzyczasie przespała się z jakimś facetem, jej magia mogłaby zostać podzielona na ogień i ciemność (przykładowo). W tym wypadku opanowanie magii byłoby dla niej niemożliwe.

      *tak,myślałam nad tym dość długo :D*

      I nie, Lan nie została wybrana jako potencjalna matka dzieci Jue. Została wybrana dlatego, że jej siła, Peir, może wzmocnić siłę Jue, Retha. I na odwrót. Sęk tylko w tym, że nie musi to być Lan - Reth wybiera po prostu osoby, które mają największy potencjał. Jako anioł, Reth nie może też łączyć się z każdym dostępnym demonem, gdyż są to dwie przeciwstawne siły. Lan została wybrana dlatego, że jest w stanie to zrobić.

      A Mai... mówiłam, że będzie biczą ;p A Jue wykaże się oczywiście potrzebną wrażliwością, jeszcze w to wątpiłaś? :))

      Usuń