wtorek, 31 lipca 2012

Rozdział 7: Miasto Jaew


Miasto neutralne Jaew. Niewiarygodne, ale nigdy jeszcze nie miałam okazji zobaczyć go od środka na własne oczy. Pracując na zamku, mogłam jedynie podziwiać szczyty budynków przez okna, jeśli akurat zostałam wysłana do ich mycia, ponieważ madame Irie uznała mnie za zbyt młodą, bym mogła wykonywać jakieś obowiązki poza zamkiem.
To był więc pierwszy raz, gdy kroczyłam wyłożoną kamieniami szeroką ulicą, z lekko otwartymi ustami przyglądając się wszystkiemu wokół mnie – zarówno ludziom, jak i wystawom sklepowym. Wszystko to robiło na mnie dziwne wrażenie. Jakby czekało na mnie od dawna i teraz witało mnie z  uśmiechem zadowolenia. Pokręciłam głową, próbując pozbyć się tych dziwnych myśli, ale one nie chciały zniknąć.
- Poczekaj na mnie chwilę, dobrze? – rzucił przez ramię Mistrz Jue, wchodząc do jednego ze sklepów. Skinęłam głową, nadal się rozglądając.
Tym razem mój wzrok powędrował do widocznych już z tego miejsca filarów granicznych, które generowały solidną barierę rozpiętą nad całym miastem. Oczywiście bariera ta nie była widoczna, można było jedynie od czasu do czasu zobaczyć na niebie lśniącą nitkę energii, gdy dochodziło do przeładowania. Wiedziałam, że filary te zostały postawione niedługo po zakończeniu Apokalipsy i że miasto Jaew było jedynym, które pozwoliło na konstrukcję czegoś tak skomplikowanego – znaleziono tu zarówno potrzebne do tego surowce, jak i ludzi. To tutaj także odkryto pierwszych Łowców, to znaczy ludzi, którzy potrafili wykorzystać nadprzyrodzone moce do ochrony tego, co zostało. Do zapewnienia nielicznej ludzkiej populacji bezpieczeństwa. Tylko dzięki ich wysiłkom mogłam teraz stać w tym miejscu i czuć, że żyję.
Uśmiechnęłam się lekko, czując na twarzy ciepłe promienie słońca. Strzeliste szczyty filarów błyszczały nad miastem, jakby do niego mrugając. Rozbawiła mnie ta myśl. Wiedziałam, że to z powodu słońca, ale wzruszyłam ramionami. Podobały mi się absurdalne myśli, które w tej chwili napływały mi do głowy. Uszczęśliwiały mnie w dziwny sposób.
Mistrz Jue nie wracał, więc podeszłam bliżej do wystawy sklepowej i przez szybę próbowałam wypatrzeć jego sylwetkę, ale niczego, oczywiście, nie zobaczyłam. Przeszkodziły mi w tym modele broni wszelkiego rodzaju. Mniejsze leżały, błyszcząc groźnie szarą stalą, jakby chciały mnie ostrzec, bym ich nie dotykała, a większe wisiały tuż przed moją twarzą, z dumą prezentując potężne, czarne niczym smoła pyski luf i języki spustów.
Cofnęłam się, czując, jak przez moje ciało przechodzi dreszcz. Miałam wrażenie, że jeśli jeszcze przez chwilę będę się wpatrywać w całą tę broń, w końcu ona ożyje i rzuci się na mnie niczym chmara wygłodniałych psów.
W niewielkiej odległości ode mnie stał stragan z kolorowymi cukierkami. Sprzedający je mężczyzna z cwanym uśmiechem na ustach zachwalał swój towar, przyciągając uwagę obecnych w mieście dzieci, które ciągnęły swoje matki i ojców w stronę słodyczy. Ja także zrobiłam krok w stronę jego stoiska, ale w porę przypomniałam sobie, że nie mam przy sobie pieniędzy. Zadowoliłam się więc patrzeniem, jak torebki wypełnione cukierkami w kolorowych papierkach lądują w wyciągniętych dłoniach dzieci.
Tuż obok straganu znajdowała się kawiarnia. Szyld nad drzwiami poinformował mnie, że jej nazwa brzmi ,,Ulajessa”, a siedzący przy okrągłych stolikach ludzie, że musi być popularna. Albo być jedną z nielicznych kawiarni w mieście.
Moją uwagę niemal natychmiast zwrócił młody mężczyzna, który, przysiadłszy na niskim płotku otaczającym przestrzeń, w której stały stoliki, przyglądał się mijającym go ludziom z dość obojętnym wyrazem twarzy. Właściwie nie było w nim nic takiego niezwykłego – miał krótkie, czarne, dość niesfornie układające się włosy, lekko opaloną cerę, która w padającym słońcu wydawała się złota, szczupłe i długie ręce i nogi, które nonszalancko skrzyżował przed sobą. Jego ubranie także nie wyróżniało się niczym szczególnym, gdyż składała się na nie granatowa koszulka z krótkimi rękawami i czarne spodnie.
Nie wiedziałam więc, co właściwie powiedziało mi, że mam do czynienia z demonem. Ogarnęło mnie podobne uczucie do tego, co czułam, gdy zobaczyłam Retha.
Zrobiłam krok do przodu. Sama nie wiedziałam, dlaczego. Przecież nie miałam najmniejszego zamiaru zbliżać się do demona, musiałabym być ostatnią idiotką, gdyby to zrobić. Nie wiedziałam przecież, czy jest niebezpieczny. A z pewnością był. Czułam to instynktownie. Mimo to, zrobiłam krok do przodu, jakbym wychodziła mu na spotkanie.
I nagle nasze spojrzenia się skrzyżowały. Błękit tęczówek jego oczu, który z jakiegoś powodu mogłam zobaczyć z drugiej strony ulicy, gdy dzieliło nas mniej więcej piętnaście metrów, uderzył mnie z zadziwiającą siłą. Czułam, że został zaskoczony tym, że go zobaczyłam.
~ Kim jesteś, dziewczyno?
Jego usta się nie poruszyły. A nawet jeśli, prawdopodobnie bym go nie usłyszała. Ten głos… pojawił się w mojej głowie, poprzedzony trochę nieprzyjemnym uczuciem łaskotania za moimi gałkami ocznymi.
~ Dlaczego mnie widzisz?
Sama tego nie wiedziałam. Nie wiedziałam nawet, że nie powinnam być w stanie go widzieć. Przecież siedział na tym płotku zupełnie jawnie.
- Lan?
To był Jue. Jego głos wdarł się pomiędzy mnie i demona, poczułam, jak moje chwilowe połączenie z nim gwałtownie zostaje zerwane. Mrugnąwszy kilkakrotnie, ponownie spojrzałam w stronę, gdzie siedział ten tajemniczy osobnik, ale już go nie zobaczyłam. Pozostało we mnie tylko uczucie nieokreślonej rezygnacji i smutku, którego nie mogłam powiązać właściwie z niczym.
- Przepraszam, zamyśliłam się – oświadczyłam więc po chwili, posyłając Mistrzowi ostrożny uśmiech. Uznałam, że to, co się stało przed chwilą, było zbyt szalone i niewiarygodne, bym mogła o tym opowiedzieć. Zresztą, kto wie, może to było tylko złudzenie? Nie chciałam, by Mistrz uznał, że pstro mi w głowie. I że jestem dzieciakiem.
Chociaż i tak Mistrz uznał, że nim jestem, kiwając głową w stronę straganu z cukierkami.
- Zainteresowana?
Potrząsnęłam gwałtownie głową.
- No cóż, ja jestem – oświadczył z szerokim uśmiechem Jue, ruszając żwawym krokiem w kierunku stoiska.
Skoro on mógł być tak bezwstydnie zainteresowany słodyczami, to ja oczywiście miałam ochotę się dołączyć. Kolorowe cukierki aż się prosiły, by wziąć je ze sobą i zjeść. Szczególnie małe, czerwone kulki posypane drobnymi kryształkami białego cukru.
Kilka minut później kroczyłam u boku Mistrza, z zadowoleniem ssąc trzy czerwone kuleczki naraz, czując na języku cudowną słodycz.
- Nigdy nie byłaś w mieście, prawda?
Pokręciłam głową. Zapewne nietrudno było zgadnąć, obserwując moje reakcje.
- Nie wypuszczano cię poza mury zamku?
Przełknęłam resztkę cukierków, wcześniej je przegryzając. Okazało się, że wypełnione były jakimś słodkim płynem, który spłynął mi do gardła. Próbowałam się nie zakrztusić. Postanowiłam, że z resztą cukierków będę ostrożniejsza.
- Starsze służące uważały, że jestem zbyt młoda na to, by posyłać mnie po zakupy.
- Nawet w towarzystwie?
- Madame Irie twierdziła, że nie może pozwolić sobie na taką stratę czasu. Od wychodzenia na miasto były inne dziewczyny. Ja wykonywałam prace w zamku i to wystarczyło.
- Więc na pewno musiałaś się zastanawiać, jak wygląda świat na zewnątrz?
- Nie do końca. Zawsze miałam pełne ręce roboty, czasu na rozmyślania miałam mało. Nawet nie za bardzo zależało mi na tym, by wyjść. Właściwie nie widziałam powodu, dla którego miałabym to zrobić.
- To… dosyć smutne.
Zarumieniłam się.
- Nie zastanawiałam się nad tym.
- Oczywiście, przecież nie wiedziałaś, że mogłoby być inaczej. Swoją drogą, czy wiesz cokolwiek o tym, kim byli twoi rodzice?
Potrząsnęłam głową. Rodzice. Kolejna sprawa, nad którą nigdy się dłużej nie zastanawiałam. To znaczy wiedziałam, że musiałam mieć ojca i matkę, którzy sprawili, że pojawiłam się na świecie, ale nigdy ich nie spotkałam. Założyłam, że także musieli służyć w zamku. Może nadal żyli. Może nie. Może byłam niechcianym dzieckiem, dlatego zostałam oddana na służbę. Możliwości było zbyt wiele, a ja miałam zbyt mało czasu na roztrząsanie tej sprawy.
- Założyłam, że nie żyją.
- A twoje nazwisko? Kto ci je nadał?
- Nazywałam się tak od urodzenia… Tak sądzę. Na takie nazwisko przynajmniej wystawiono dokumenty, które trzymała madame Irie w… Och! Zupełnie o nich zapomniałam!
- Zajmiemy się tym. Ale skoro jest tak, jak mówisz, to może będę mógł ci pomóc. Pewnie tego nie wiesz, ale w Gildii zachowujemy wiele drzew genealogicznych rodzin, których członkowie służyli jako Łowcy. Te dokumenty dostarczają nam wielu przydatnych informacji, gdyż w prosty sposób możemy ocenić, jak konkretna rodzina w miarę upływu czasu się rozwija. Utrzymanie linii najsilniej uzdolnionych magicznie rodzin jest oczywiście priorytetem i im poświęca się najwięcej uwagi… jak na przykład mojemu ojcu. Albo rodzinie Mai, która od trzech pokoleń wspomaga nas darem Śnienia.
To mnie zainteresowało. Poprosiłam więc Mistrza, by wyjaśnił mi, na czym ten dar polega.
- Hm, musiałabyś spytać Mai o szczegóły – byłam pewna, że tego nie zrobię, ta dziewczyna nie zachęcała do wdawania się z nią w pogawędki – ale w bardzo ogólnym sensie dziewczyna potrafi przepowiadać przyszłe wydarzenia dzięki snom.
- To… całkiem przydatne.
Byłam ciekawa, czy zobaczyła we śnie moje przybycie. Sądząc jednak po jej zachowaniu, tak się chyba nie stało.
- Czy ona potrafi to kontrolować? To znaczy, czy może życzyć sobie coś zobaczyć we śnie?
Mistrz pokręcił głową.
- Do tej pory jej się nie udało, choć oczywiście próbowała. To się dzieje niezależnie od jej woli, ale ten dar jeszcze nigdy jej nie zawiódł.
Wsunęłam cukierka do ust, zastanawiając się jednocześnie nad tym, czy Mai tak samo określiłaby swój dar. Niezawodny. Chyba wolałaby, by w jej snach pojawiało się ostrzeżenie za każdym razem, gdy jakaś nowa dziewczyna ma się zbliżyć do ,,jej Mistrza Jue”. Aż dziwne, że zazdrość, która potrafiła ją opętać do tego stopnia, że się zapominała i przekraczała granice dobrego wychowania, nie potrafiła sprawić, by podporządkowała sobie własną moc i mogła wykorzystywać ją we własnych celach.
To musiał być kolejny powód, dlaczego chodziła taka wściekła.
- Ach, ale mówiłem o tym, że mógłbym ci pomóc odnaleźć twoje korzenie. Jestem bowiem pewien, że nazwisko ,,Stovenhauer” znajduje się w dokumentach dostępnych w Gildii. Niekoniecznie musi sugerować silną linię magiczną, ale nawet w słabiej uzdolnionej rodzinie może się narodzić ktoś posiadający większą moc… Ale nam chodzi o odnalezienie twoich korzeni, więc nie będziemy się zastanawiać, czy sprawdzi się to w twoim przypadku.
Długo ssałam cukierka, zastanawiając się, jakimi słowami wyrazić to, co czułam w tym momencie. Euforię? Zdumienie? Zaskoczenie? Cóż, z pewnością nie był to zawód i smutek. Czułam, jakby otwierały się przede mną jakieś wielkie, tajemnicze drzwi, za którymi znajdowało się światło. Mnóstwo światła. Miałam wrażenie, że jeśli te drzwi całkowicie się przede mną otworzą, zobaczę kogoś, kto na mnie czekał po drugiej stronie. Od bardzo dawna. Aż się zdziwiłam, zastanawiając się, dlaczego wcześniej nie słyszałam tego wołania. Tego napięcia.
Ale może to było tylko złudzenie. Może cieszyłam się po prostu, że odnajdę… siebie. Że uwolnię się w końcu od przekonania, że jestem jedynie służącą. Przecież wmawiano mi to od dziecka. Nie miałam odwagi myśleć, że mogłabym kiedykolwiek być kimś innym. Kimś, kto nie musiał słuchać rozkazów surowej madame i biegać ze ścierką i ciężkim wiadrem po zamkowych piętrach, dbając o to, by żaden pyłek kurzu nie został pominięty.
- Sprawdzę to po powrocie do Gildii, dobrze? – oświadczył Mistrz, posyłając mi uśmiech, w którym kryło się tyle dobroci i chęci pomocy, że musiałam mocno zacisnąć zęby, by się nie rozpłakać na środku ulicy. Zastanawiałam się, co zrobiłam takiego dobrego, że mogłam teraz stać w tym miejscu, u boku tak wspaniałego, ślicznego jak obrazek Mistrza, i mieć nadzieję na to, że już nigdy nie stanę się niewidoczna dla otoczenia. – Chodź, wybierzesz sobie coś ładnego!
Posłusznie, bez słowa, podreptałam za Mistrzem do sklepu, który wybrał. Torebkę z cukierkami, której zawartość bardzo widocznie się zmniejszyła, schowałam do ukrytej bardzo sprytnie kieszonki w materiale sukienki. Sama ją zresztą przyszyłam, podpatrując pomysł innej służącej. Nie mieściło się w niej wiele, ale cukierki z łatwością znalazły w niej swoje miejsce.
Sklep wyglądał bardzo znajomo. Przynajmniej dla mnie. Zarówno bowiem rozmiarami, jak i wyposażeniem, przypominał garderobę księżniczki Izabeli. Mimowolnie się uśmiechnęłam. Wcale nie dlatego, że uczucie mi się spodobało, raczej z jego absurdalności. Byłam ciekawa, czy wszystko będzie mi się zawsze kojarzyć z zamkiem.
- Lan, możesz podejść?
Podeszłam. Mistrz stał przy wieszakach z sukienkami, wyglądając na dość zagubionego.
- Zupełnie się nie znam na tych tutaj, więc wybór pozostawiam tobie. Wiem jednak, co mogę dla ciebie wybrać, więc zaraz się tym zajmę. Ty tymczasem nie ruszaj się z tego sklepu, żebym mógł cię potem znaleźć.
- Dobrze.
Mistrz szybkim krokiem wyszedł, zostawiając mnie sam na sam z wyraźnie znudzonym sprzedawcą czytającym gazetę oraz kręcącą się w głębi sklepu młodą dziewczyną zajętą składaniem ubrań wyłożonych w koszykach. Zanim zabrałam się do przeglądania rzeczy, do sklepu weszły jeszcze dwie dziewczyny, rozmawiające na tyle głośno, że mogłam je słyszeć. Nie rozmawiały o niczym ważnym, więc starałam się ich nie słuchać. Nagle jednak zrozumiałam, że jakimś sposobem ich uwaga zwróciła się na mnie.
- Jak niestylowa sukienka!
- Wygląda jak jakaś służąca. Że też nie wstydzi się wychodzić na ulicę w tym kawałku szmaty.
Czułam, że czerwienieją mi czubki uszu. Że też nie miały lepszych tematów niż obgadywanie osoby, która stała tuż przed nimi!
- Cii, może to żebraczka? I pomyśleć, że ktoś taki dotyka wszystkiego w tym sklepie.
- Cholera, może tych rzeczy też dotykała swoimi brudnymi rękami?
- Aż strach myśleć, od czego się roi na tych ulicach.
Łzy wściekłości zakręciły się w moich oczach. Jak one śmiały! Nie miały żadnych podstaw ku temu, by mnie tak obrażać! I jak śmiały z takim wstrętem w głosie mówić o żebraczkach?! Te dziewczyny, które często przychodziły do zamku, bez jakichkolwiek pieniędzy i godności w oczach, nie były przecież winne temu, że skończyły w taki sposób. A według przepisów miasta Jaew, mieszkańcy, którym lepiej się powodziło od innych, mieli obowiązek wspomagać ludzi, którym wiodło się gorzej.
- Że też ktoś ją wpuścił!
Coś we mnie pękło. Nagle poczułam się tak, jakbym była w stanie przenosić góry. Moje dłonie, policzki i pierś zrobiły się gorące. Tajemniczy powiew powietrza uniósł niesforne kosmyki włosów nad moim czołem. Świat przed moimi oczami zaczął pulsować dziwnym światłem. Mimo to, czułam, że jestem dziwnie spokojna. Serce w mojej piersi biło leniwie.
Odwróciłam się. Powoli. Z rozmysłem.
- Jak się nie podoba, to możecie wyjść.
Znudzony chłopak najwyraźniej zrozumiał, że sytuacja, której jest świadkiem, będzie znacznie ciekawsza od wydarzeń opisanych w gazecie. Uniósł wzrok, wyraźnie zafascynowany.
- No proszę, jaki ma tupet.
- I po co mielisz tym ozorem? – wypowiedziały moje usta. Czułam, że nad nimi nie panuję, ale… to nie było niemiłe uczucie. – Jeśli jest tak bezużyteczny, że używasz go jedynie do plecenia bzdur na tematy, o których nic nie wiesz, to chętnie ci go wyrwę i pozbawię kłopotu myślenia, do czego innego można by go używać.
Jedna z dziewczyn nagle cofnęła się, szeroko otwierając oczy. Poruszyła ustami niczym ryba wyciągnięta z wody i chwyciła koleżankę za ramię.
- Ji, ona jest…
- Czekaj, czekaj. Okazuje się, że ta mała żebraczka potrafi podskakiwać.
Gorąco rozlało się w okolicach mojego brzucha i podeszwach stóp. Dziwne uczucie, ale… nie było nieprzyjemne.
A potem zauważyłam Retha, który stał obok mnie. Nie potrafiłam stwierdzić, czy znajdował się tam wcześniej, czy pojawił się w tym akurat momencie, ale jego obecność nagle stała się dla mnie zauważalna. Co jeszcze dziwniejsze, czułam, że na coś czeka. Wyglądał trochę tak, jakby szykował się do skoku. Czerwone oczy z uwagą wpatrywały się w dziewczynę, która tak mnie zdenerwowała.
~ Mam ją zniszczyć, mała Lan?
Niemal podskoczyłam, słysząc jego głos. Ponownie w mojej głowie.
~ Potrafisz zabić człowieka, Reth?
Znowu ten głos. Zdecydowanie kobiecy, łagodny, ale tym razem pojawiła się w nim dziwna, niepojąca nuta.
~ Jeśli dostanę rozkaz, zrobię to.
Czułam, że właścicielka głosu jest zaskoczona odpowiedzią. Milczała. Reth czekał na mój rozkaz.
Zakręciło mi się w głowie, a uczucie gorąca powoli zaczęło mnie opuszczać.
- Ta mała chyba straciła…
- Ji, ona jest Łowcą! – krzyknęła jej koleżanka, wbijając paznokcie w jej ramię. – Jeśli się nie ruszysz…
Zauważyłam, że na usta Retha wypływa łobuzerski uśmiech, po czym anioł… skoczył. Teraz byłam pewna, że wszyscy obecni w sklepie są w stanie go zobaczyć. Nie jego postać, ale obecność. Widziałam, jak czerwona łuna skrzydeł sięgających sufitu i zarys ludzkiej sylwetki zawisa nad dziewczynami, których twarze zastygły w wyrazie przerażenia.
~ Z chęcią zjadłbym wasze dusze. Nie chciałbym im jednak oszczędzić przyjemności przysmażenia się jeszcze w piekiełku. Już teraz jednak wyglądają smakowicie…
- Reth!
Głos Mistrza Jue był niczym smagnięcie biczem. Podziałał także na Retha, który natychmiast rozpłynął się w powietrzu niczym mgła, śmiejąc się jeszcze wesoło.
- Co tu się wyprawia? Lan, ty wezwałaś Retha?
Nadal zszokowana, potrząsnęłam głową. Jakim cudem miałabym to zrobić? Sama chciałabym wiedzieć, co się właściwie stało kilka chwil temu.
Dziewczyny wybiegły ze sklepu w panice, nie oglądając się za siebie. Mistrz także nie poświęcił im większej uwagi, po prostu usuwając się z przejścia. Kiedy drzwi się zatrzasnęły, i w sklepie znowu zrobiło się cicho, Jue skinął na chłopaka za ladą.
- Raportuj.
Młody chłopak posłusznie, choć drżącym głosem, zrelacjonował scenę, której był świadkiem. Ja starałam się wyglądać na zainteresowaną wyborem sukienki. Ku mojemu zdziwieniu, znalazłam aż trzy, które wpadły mi w oko. Czmychnęłam z nimi czym prędzej do przymierzalni. Z jakiegoś powodu bałam się pytań, które Mistrz mógł mi zadać. Może wstydziłam się tego, że tak mnie zirytowały komentarze tych głupich dziewczyn? Patrząc bowiem na całą tę sytuację z perspektywy czasu, ich komentarze były po prostu głupie i każdy mądry człowiek po prostu wzruszyłby na nie ramionami.
Odpowiedziałam głupotą na głupotę. Niestety.
Mistrz czekał na mnie, gdy wyszłam z przymierzalni. Z wielką torbą w ramionach.
- Chcesz jeszcze te? – zapytał, wskazując ruchem głowy na trzymane przeze mnie rzeczy. Nie zdążyłam jednak odpowiedzieć, gdy polecił sprzedawcy odebrać mi je i zapakować. Tajemnicza torba wzbogaciła się o trzy sukienki, których cena zawróciła mi w głowie i jeszcze chwilę temu miałam zamiar je odłożyć.
Kiedy opuściliśmy sklep, Mistrz uśmiechał się szeroko, z wyraźnym zadowoleniem.
- Wyposażyliśmy cię na pewien czas. Książki zostaną nam dostarczone do Gildii, więc nie musimy ich nosić w tym momencie. Jeśli jeszcze czegoś potrzebujesz, powiedz.
Owszem, potrzebowałam, nie wiedziałam tylko, jakimi słowami to wyrazić. Przypomniałam sobie jednak, że Mistrz otrzymał wszystkie informacje na mój temat od doktor Karin. Tylko czy je czytał? I czy oboje byśmy spalili się ze wstydu, gdybym poprosiła, żebyśmy dokonali drobnego zakupu w aptece?
Spróbowałam. Stwierdziłam, że nie przekonam się o niczym, jeśli będę milczeć.
- Mistrzu, potrzebuję pewnych rzeczy… z apteki.
W złotych tęczówkach najpierw pojawiło się zdziwienie, szybko jednak zastąpione przez zrozumienie. Odetchnęłam.
- Oczywiście. Żeby oszczędzić nam obojgu zażenowania, tym zakupem powinnaś zająć się sama. Trzymaj – wsunął mi do ręki kilka ciężkich, błyszczących na żółto i brązowo monet. – Poczekam na ciebie. Tylko proszę cię, tym razem nie rozrabiaj.
Skinęłam głową, po czym szybko wspięłam się po kilku schodkach do środka małej, pachnącej ziołami apteki. Zdziwiło mnie to, gdyż sądziłam, że tylko w sklepach zielarskich, z których korzystały czarownice i alchemicy, może unosić się taki zapach. Nie zastanawiając się jednak długo nad tym zjawiskiem, podeszłam do lady i zakupiłam cztery niebieskie paczuszki, które sprzedawczyni przezornie zapakowała w szarą torbę. Jej wzrok mówił mi, że z takimi rzeczami lepiej nie obnosić się po mieście, podziękowałam więc szybko, zapłaciłam i wróciłam do Mistrza.
Co dziwne, zauważyłam, że dołączyła do niego Mai. Skąd się wzięła? Byłam przecież pewna, że zostawiliśmy ją w Gildii, daleko za sobą.
Kiedy na mnie spojrzała tymi swoimi fiołkowymi oczami, zrozumiałam, że wredny charakter znowu z niej wychodzi. Zaklęłam w duchu.
- Musimy cię przeprosić, Lan, ale dostaliśmy pilne zgłoszenie. Mistrz Jue nie może tracić na ciebie więcej czasu.
Przypuszczałam, że powie coś w tym stylu. Nawet się nie zdziwiłam.
- Ale nie martw się, ktoś cię odwiezie do Gildii. Nie moglibyśmy pozwolić, byś sama błądziła po ulicach, prawda, Jue?
- Nie chodzi o błądzenie, ale jej bezpieczeństwo. Poradzisz sobie dalej, Lan?
- Oczywiście.
- Chodź za mną.
Mistrz wszedł w wąską uliczkę, więc nasza trójka musiała posuwać się pojedynczo, jeden z drugim. Nieszczęśliwy przypadek sprawił, że Mai znalazła się za mną. I że usłyszałam jej cichy śmiech. Aż włoski zjeżyły mi się na karku.
- Każdą z nas tak traktował. Nie myśl sobie, że jesteś wyjątkowa.
Powiedziała to tak cicho, że byłam pewna, iż nie dotarło to do uszu kroczącego przede mną Mistrza. Poczułam jednak, że ponownie oblewa mnie uczucie gorąca. Przekręciłam głowę.
- A co, może ty jesteś kimś specjalnym, bezpłodna żmijo? Twój jadowity, rozdwojony język rzeczywiście może…
Zakryłam usta dłonią, zanim powiedziały coś więcej. Rozszerzonymi ze strachu oczami wpatrywałam się w zaskoczoną Mai, czując jednocześnie, że Mistrz się we mnie wpatruje.
- Lan…?
Czułam, że się odwracam, choć nie z własnej woli.
- Mistrzu Jue, zaufałam ci i pozwoliłam, by ten twój rozpuszczony bachor, Reth, poprowadził przez pewien czas moją dziewczynkę. Ale znosić komentarzy tej dwulicowej suki nie będę! I ta jej Pandora? Zjem ją sobie na obiad, jeśli się nie przymknie!
- Ha, nareszcie wyszłaś, Peir. I jak zwykle robisz użytek ze swojego ciętego języczka.
Głos dochodził z góry, więc skierowałam tam wzrok. To oczywiście był Reth, poznałam po głosie. Siedział na krawędzi dachu, wpatrując się we mnie wesoło. Jego włosy w świetle słońca wydawały się jeszcze bardziej czerwone niż zwykle, a za jego plecami zauważyłam drżące widmo rozpiętych skrzydeł.
- O, tutaj jesteś.
Czułam, że osoba, która przemawiała moimi ustami, czuje się w tym momencie całkiem szczęśliwa.
Czerwone oczy Retha skupiły się teraz na Mai, która chyba odzyskiwała siły na kontratak słowny.
- Będziesz sprawiać kłopoty? – zapytał obojętnym tonem głosu, lekko znużonym, jakby czuł, że wypowiedzenie tych słów i tak nie przyniesie żadnego efektu. – Peir ma rację co do strażniczki twojej mocy. Zarówno dla niej, jak i dla mnie może stać się jedynie dość średnim posiłkiem. Radzę ci się nie wtrącać, dziewczyno. I tak dość już namieszałaś. Twoja wścibskość zaczyna być irytująca.
Czułam, że gorąco mnie opuszcza. Odzyskiwałam władzę nad własnym ciałem.
Słyszałam także, że Mai chyba zaraz zacznie hiperwentylować.
- Jue!
Dopiero teraz, gdy Mai drżącym głosem wypowiedziała jego imię, najwyraźniej szukając u niego jakiejś pomocy, spojrzałam na Mistrza. Ku mojemu zdumieniu, wyglądał tak, jakby z całej siły powstrzymywał uśmiech. Natychmiast jednak spoważniał, gdy obie na niego spojrzałyśmy. Odchrząknął.
- Jeśli skończyłyście się obrzucać wyzwiskami, może w końcu ruszymy? Na mnie czeka misja, więc wolałbym się pospieszyć.
Mai prychnęła, po czym ze złością mnie minęła.
- Na mnie również – mruknęła, wychodząc na prowadzenie.
Ucieszyłam się, gdy w końcu ruszyliśmy. Czekałam tylko na moment, kiedy nie będę musiała oglądać kapitan Mai, nawet, jeśli tym samym zostanę pozbawiona obecności Mistrza Jue.
To był dopiero drugi dzień, a sytuacja już stawała się nie do zniesienia.

8 komentarzy:

  1. Faceci i ich zabawki.... :] Jue pewnie zapomniał o całym świecie, gdy tylko przekroczył próg sklepu. lan mogłaby tam zamienić się w zakurzonego kościotrupa, a Jue i tak nie zauwazylby upływu czasu ;p

    Okej... odnoszę wrażenie, że powinnam kojarzyć goscia z kawiarni,.... Kim on jest? Zero? Zero chyba był blady...Hall? Ale on też jakiś taki.. blady był:D Okej, kto widzi demony? Łowca mógł zobaczyć demona? Jeśli tak, dlaczego demon się temu dziwił?O_o a może Lan ma rzadką umiejetnosc widzenia demonow, które nie chcą się pokazać? O_o a może tylko wlasciciele mogawidziec demony? nic juz nie wiem ;O

    hm... chyba trudno utrzymać linię Mai.... skoro prawie (tak zakladam) kazda kobieta jest bezplodna :o heh niezly komentarzLan dotyczacy śnienia mai. sarkastyczny hehe ;]

    No! w koncu dowiemy sie kim byl;i rodzice Lan ;-) Z jakiego rodu pochodzi, jaka moca potencjalnie dysponuje... ;-) Czy to też będzie moc snienia jak Mai? tak, jak było w poprzedniej wersji, czy jakas inna?;)

    ooooooooooo! Jue zostawił jej Retha?! O_o że też te kobiety nie mogą go zobaczyć! pewnie padłyby na zawał! HA! RETH RZADZI! (reth spycha Jue na 2 miejsce na mojej liscie idoli) Peth (tak sie nazywała) jest chyba zbyt łagodna, by żądać od Lan najwyższej ceny (mozliwosc urodzenia dziecka).

    LOL.... "raportuj" do sprzedawcy w sklepie z ciuchami?O_O niezle i jeszcze on wszystko opowiedział O_O moze tez jest lowca?;O

    HA! hahaha! a jednak wykazał sie wrazliwoscia :D i puścił Lan sama do apteki :Da to dziwne, myslalam, że kobiety z gildii sa zaopatrywane w te rzeczy... automatycznie w gildii :D ze jakims magicznym sposobem, znajduja sie one w ich szafkach..:D eee.... zmieniłam zdanie. Peir wcale nie jest spokojna... ;O Coooo? a Jue dlaczego sie usmiechał do diabla? Co sie dzieje?! O_O zrozumialam tylko,że Peir jest potezna, podobnie jak Reth... Możliwe,że Jue ma już 100% pewność,że Lan zda test, ze bedzie potezna, ale czy to dlatego sie usmiechał?moze rozbawila go sytuacja? co sie dzieje?O_O

    Liściak

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No ba, że zapomniał :D Nie zmieniało to faktu, że miał tam sprawę do załatwienia - i to niecierpiącą zwłoki, jako że chodziło o broń, którą się zazwyczaj posługuje w walce. Bo, chociaż magiczna, nadal się psuje. Zwłaszcza, że "obsługuje" Retha, który nigdy się nie hamuje na polu walki :D

      Gość z kawiarni to Zero. Nie jest już biały jak kreda - pomyślałam, że skoro jest chłopcem na posyłki Nataszy, jego skóra siłą woli musi brązowieć na słońcu. Nie powinien wyglądać tak, jakby dopiero co wyciągnięto go z piwnicy ;p Oczywiście zdziwił się, bo Lan nie miała prawa go w tym momencie zobaczyć: może widzieć w określonych momentach Retha i Peir, gdyż ta dwójka potrafi na siebie oddziaływać w momentach, gdy znajdują się blisko siebie. Zero to zupełnie inna bajka i nie ma nic wspólnego ani z Lan, ani Peir. To był jednak znak, że moc Lan powoli się budzi ;-)

      Oczywiście, że trudno utrzymać. Do tej pory jednak się udawało, choć zdolność Śnienia z pokolenia na pokolenie przekazywali mężczyźni. Wybierano dla nich odpowiednio słabsze magicznie kobiety, będące w stanie urodzić przynajmniej jedno dziecko. Ucieszono się, gdy na świat przyszła Mai - wiązano z nią wielkie nadzieje, które jednak szybko legły w gruzach ;p

      Jue nie zostawił Retha, aniołek sam przyszedł sprawdzić, co z Lan. I wybrał doskonały moment, by to zrobić :D Bo Reth może chodzić, gdzie mu się podoba, gdy Jue go nie wzywa do walki lub nie wyda jasnego polecenia, czym ma się zająć. Ale nie martw się - nieważne, jak daleko od swojego Mistrza by się nie znalazł, potrzebowałby najwyżej sekundy na to, by do niego wrócić ^.^

      Nie, sprzedawca Łowcą nie jest, ale każdy mieszkaniec ma obowiązek zdawania raportu z sytuacji, której był świadkiem, jeśli Łowca każe mu to zrobić.

      No cóż, Lan jeszcze nie wie o tym, że może uzyskać takie rzeczy od pani doktor w Gildii - tej, która ją badała :D Ale dowie się i tego, więc nie będzie musiała martwić się o kupowanie takich rzeczy :D I od razu mówię: nie, Jue nie ma pojęcia o tym, skąd można takie paczuszki w Gildii uzyskać XD

      No i jak to: dlaczego się uśmiechał? Ta pyskówka była bardzo... interesująca :D Brakowało tylko kisielu ;p

      Usuń
  2. Jak to Reth się nie hamuje, jak hamuje....! Gdyby się nei hamował, z Pandory zostałaby średnio smaczna skwarka ;P uwielbiam ten tekst! ;P

    Reth ma chyba słabość do Lan ;P skoro nawet obiecał jej, że będzie delikatny, gdyby miała ochotę na Jue ;P hm... swojhą drogą,. czy jeśli Lan będzie miała intymny strosunek z Jue, to czy Peir będzie miała takowy stosunek z Rethem...?;o

    Miałam nadzieję na budyń, ale kisielem też bym nie pogardziła;P No nic, obeszło się bez tych... roztworów;P

    /Liściak

    OdpowiedzUsuń
  3. Oczywiście, że ma do niej słabość, w końcu sam ją odnalazł :D No dobrze, przyznaję ci rację w tym hamowaniu się - ale nie na polu bitwy. Tam nie ma czasu na żadne hamowanie się :D

    Można tak powiedzieć - ich istoty się ze sobą połączą, przenikając się nawzajem :D W czym większej harmonii będą ze sobą Łowcy (tu hipotetycznie Lan i Jue), tym łatwiejsze będzie to zjednoczenie i żaden z nich nie odrzuci drugiego. Bywa bowiem i tak, że podczas takiego zjednoczenia silniejsza strona może całkowicie wchłonąć słabszą - i wtedy jest problem ;p Łowcy próbują tego z oczywistych powodów uniknąć. Dzieje się tak dlatego, że strażnicy są nieodłączną częścią Łowcy i na równi z nim przeżywają wszystkie zdarzenia, ale z drugiej strony ich duchowa istota sprawia, że do pewnych spraw muszą podchodzić ostrożniej niż ludzie :D

    A mi trochę smutno, że kisielu nie było, dziewczynki lepiej by wypadły :D

    OdpowiedzUsuń
  4. jak będziesz chciała sie pozbyć Vanni i Mai to wiesz... upij jue, niech zrobia z nim male co nie co, a Reth niech zajmie sie reszta :D niah niah niah

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ty i te Twoje zUe plany ;o Jesteś gorsza niż występująca (za niedługo) w tym opowiadaniu wiedźma :D

      Usuń
  5. No co? ;> nie poiesz mi, że moje plany Cię nie śmieszą i nie stymulują :D

    OdpowiedzUsuń