sobota, 11 sierpnia 2012

2: Małe kłopoty


Jue niespokojnie krążył po pokoiku, co chwilę rzucając siedzącemu na brzegu lichej pryczy Rethowi zaniepokojone spojrzenie. Anioł za każdym razem odpowiadał rozbawionym spojrzeniem, czekając, aż jego Mistrz w końcu wybuchnie. Bo że to nastąpi, wiedział doskonale, była to jedynie kwestia czasu. Jako jego strażnik potrafił bezbłędnie odczytywać jego nastrój. A w tej chwili daleko mu było do spokoju. 
W końcu nie wytrzymał.
- Jesteś pewien, że to bezpieczne?
Reth przekręcił nieznacznie głowę, by móc spojrzeć na pogrążoną w głębokim śnie Lan. Wyraz jej twarzy był nieodgadniony.
- Już raz wybrała się do zaświatów. Nie widzę powodu, dla którego tym razem miałoby być gorzej niż poprzednim razem. Poza tym, to tylko wspomnienia, żadna niebezpieczna iluzja czy coś...
Jue poczuł, że czerwienieją mu czubki uszu. Wiedział, do czego Reth pije w tej chwili i nie spodobało mu się to. Wolał nie myśleć o tym, na co pozwolił przez swoją nieuwagę i jak to się skończyło zarówno dla Mai, jak i dla niego. Oczywiście wiedział, że spora wina za to, co się stało, leżała po stronie Mai, ale to on był zbyt nieuważny i pozwolił, by dziewczyna rzuciła na niego iluzję. Nadal przeklinał się za to w duchu. Powinien był przewidzieć, że plany Mai nie ograniczały się tamtego przeklętego wieczoru do wypicia kilku kieliszków wina. Dołączył do niej, gdyż wyglądała tak żałośnie słabo, gdy w samotności sączyła kieliszek wypełniony czerwonym alkoholem. Wysłuchał jej żali. Jej wyrzutów. Pozwolił, by zaczęła go oskarżać o niestworzone rzeczy.
Nawet nie zauważył, kiedy rzuciła na niego tę cholerną iluzję. Nadal widział w tym swoją winę. Był doświadczonym Mistrzem, powinien był wiedzieć, że tak się właśnie stanie, w końcu doskonale znał Mai. Przez tyle lat była jego partnerką… jego pierwszą partnerką. Jeśli istniał ktoś, kto powinien znać wszystkie jej wady i zalety, był to właśnie on. Nie mógł więc całej winy zrzucić na Mai, gdyż on również ponosił winę za to, co się stało.
- Mistrzu? Znowu myślisz o absurdalnych rzeczach? – zapytał Reth, a w tonie jego głosu pojawił się niepokój. Nie lubił chwil, kiedy Jue powracał myślami do wydarzeń, przez które prawie zginął. W trakcie których on, Reth, był zmuszony zniszczyć Pandorę.
- Sam mi o nich przypominasz!
Anioł westchnął. Ależ ten jego Mistrz rozdrażniony ostatnimi czasy!
- Już nie będę, obiecuję. Ale mogę o coś zapytać? Obiecuję, że nie poruszę żadnego drażliwego tematu.
Jue wzruszył ramionami, co miało oznaczać ,,rób, jak uważasz”. Reth uśmiechnął się łobuzersko.
- Wiesz, Mistrzu, co Lan dzisiaj kupiła w zielarni?
- Dlaczego powinno mnie to obchodzić? I dlaczego znowu ją śledziłeś?
Anioł zachichotał pod nosem.
- Pomyślałem, że może natknąć się na jakieś kłopoty. Bo, poważnie? Puściłeś ją samą? Owszem, jej strażniczka zaczęła powoli dochodzić do głosu, ale minie jeszcze trochę czasu, zanim dziewczyna nauczy się poprawnie ją przywoływać, nie mówiąc już o materializowaniu jej w tym świecie.
- Izhtar pozostaje pod kontrolą Łowców od ponad sześćdziesięciu lat. Nie ma mowy o tym, by coś zaatakowało dziewczynę w środku dnia.
- A ewentualni zboczeńcy?
Brew Jue powędrowała w wyrazie rozbawionego zaskoczenia kilka milimetrów w górę.
- Przypomnij mi jeszcze raz, że jesteś aniołem. Skąd przychodzą ci do głowy takie bzdury?
- Oj Mistrzu, Mistrzu. Właśnie dlatego, że nim jestem, przychodzą mi takie rzeczy do głowy. Podczas swojej egzystencji byłem świadkiem wielu, bardzo wielu rzeczy. Nie są mi obce zboczenia cechujące ludzkość, a spacerująca samotnie dziewczyna po obcym dla niej mieście? Idealna ofiara dla zboczeńców.
- Czasem sam się zastanawiam nad tym, co ci chodzi po głowie. I ile razy na dobę myślisz o rzeczach, które aniołowi zupełnie nie przystoją.
- O właśnie. Wracając do mojego pytania, wiesz może, co znajduje się w tej niepozornej torbie, którą Lan ze sobą zabrała?
Jue w zamyśleniu spojrzał na tobołek, który Lan położyła w kącie obok jego torby. Tobołek nie wyróżniał się niczym szczególnym. Ostre kąty wybrzuszające skórzane boki sugerowały, że w środku znajdują się książki. Góra tobołka była jednak bardziej okrągła, zapewne przez zapakowaną w tym miejscu świeżą bieliznę.
- Miałoby się w niej znajdować coś szczególnego? – zapytał po chwili ciszy Jue, wzruszając ramionami. Zaraz sobie jednak przypomniał, że Reth wspominał coś o zielarni. Ten fakt był godny zastanowienia, gdyż Lan nie znała się zupełnie na ziołach. Raz, może dwa usłyszała o alchemii i zielarstwie, ale z całą pewnością jej zainteresowania nie kierowały się w tę stronę. Zazwyczaj siedziała albo nad historią, albo nad podręcznikami z magii i encyklopediami na temat strażników i diabłów. Przeczytała też trochę o Zakonie Czarownic i skrajnym ich odłamie, czyli wiedźmach. Czasami dla przyjemności czytała romanse, o istnieniu których prawdopodobnie nie chciała informować Jue. Zapominała najwyraźniej, że jego obowiązkiem było wiedzieć, w którą stronę kierują się jej zainteresowania.
Co Lan mogła kupić w zielarni? Ziółka, z których zaparzy sobie herbatkę? Jej obecna wiedza o przydatnych roślinach musiała się ograniczać do herbatek ziołowych.
- Dobrze kombinujesz, Mistrzu – powiedział Reth, który przez cały czas mu się przyglądał. Uśmiech nie schodził z jego ust.
Jue nie do końca rozumiał, co może wprawiać anioła w tak dobry humor. Zamierzał się jednak dowiedzieć. Czasem irytował go fakt, że Reth znał jego myśli, ale nie działało to w drugą stronę. Jue nie miał wglądu w myśli anioła. Reth kiedyś powiedział mu, że gdyby na to pozwolił, Jue oszalałby w ciągu kilku sekund – umysły aniołów w żadnym stopniu nie przypominały ludzkich, kontakt z nimi byłby porównywalny do zderzenia z ramieniem galaktyki. Po takim postawieniu sprawy Jue nie miał najmniejszej ochoty sprawdzać tej teorii w praktyce.
Nie oznaczało to jednak, że czasem nie ogarniała go irytacja z tego powodu.
- Powiesz mi w końcu czy mam zgadywać?
Reth wydął usta w grymasie zawodu.
- Byłoby zabawnie, gdyby Mistrz zgadywał, ale podejrzewam, że jasny szlag by cię trafił. Powiem ci w takim razie, żebyś nie musiał się denerwować. Lan, zanim wyjechaliście, została wezwana przed oblicze Arcymistrza. To było w czasie, kiedy ciebie wysłano po prowiant.
Jue ponownie uniósł brew.
- Dlaczego nic mi o tym nie wiadomo?
- Arcymistrz chciał zachować to spotkanie w sekrecie. Nic w sumie dziwnego, skoro omawiał z Lan bardzo… delikatną sprawę. Wiedział zapewne, że urządziłbyś mu scenę, gdyby to dotarło do twoich uszu.
- Co dotarło do moich uszu?
Reth ponownie spojrzał na śpiącą w najlepsze Lan. Właściwie nie śpiącą, a śniącą w tym momencie Lan. Przekazał jej bowiem trochę swoich wspomnień, by pokazać to, co działo się w Niebie przed nastaniem Apokalipsy. By pomóc jej zrozumieć. Zależało mu bowiem na tym, by Lan zrozumiała, dlaczego stało się tak, a nie inaczej.
I by odnalazła w tych wspomnieniach Peir.
- Arcymistrz polecił jej przy pierwszej okazji zaopatrzyć się w pewne ziółka.
- Już mi się to nie podoba… ale mów dalej.
- Powiedział, że taka urocza dziewuszka jak ona powinna być przygotowana na różne sytuacje.
- Co ten staruch kombinował?
- Dodał też, że mając za Mistrza kogoś tak młodego i w pełni sił witalnych – tak właśnie powiedział – powinna uzbroić się w ziółka, które uchronią ją ewentualnymi konsekwencjami twoich… żądzy.
-… Że co?
- Innymi słowy implikował, ze zamierzasz się na nią rzucić niczym wygłodniały lew i schrupać w całości. Tyle że w intymnym sensie. I dlatego powinna zaopatrzyć się w ziółka, które uchronią ją przed niechcianą na tym etapie jej życia ciążą. Aż się zdziwiłem, słuchając bardzo elokwentnej przemowy Arcymistrza, lawirującego słowami w ten sposób, by niczego wprost nie powiedzieć, ale by został odpowiednio zrozumiany.
Jue pobladł niczym ściana, a jego usta zadrżały. W złotych oczach pojawił się złowieszczy błysk.
- Reth, masz natychmiast zrobić porządek z…
- Arcymistrzem?
- Tymi cholernymi ziółkami! Natychmiast!
Reth poderwał się na równe nogi i zasalutował.
- Tak jest, generale! Ale… jeśli rzeczywiście mogą się przydać? Kto wie, co…
- TERAZ! – ryknął Jue, wskazując palcem na tobołek Lan. Natychmiast też się zarumienił, gdy sobie wyobraził, jak Lan pakowała tę… rzecz do środka. I co jej wtedy chodziło po głowie.
Ten cholerny Arcymistrz! Już Jue sobie z nim porozmawia, gdy wróci do Gildii. Nic dziwnego, że staruch chciał tę rozmowę utrzymać w sekrecie. Doskonale wiedział, jak młody mężczyzna zareaguje na to, co zostało zainsynuowane podczas tej rozmowy!
Reth posłusznie rozwiązał troczki ściągające skórzany tobołek i odszukał w środku torebeczkę z pachnącymi ziółkami. W pierwszym momencie miał zamiar schować znalezisko, ale stwierdził szybko, że gdyby to zrobił, wykazałby się zarówno nielojalnością, jak i brakiem zaufania do Mistrza. Spalił więc torebeczkę wraz z jej zawartością, po czym ściągnął troczki tobołka, tym samym go zamykając.
Odwrócił się do Jue, z uśmiechem na ustach przecierając dłonią czoło w geście symbolizującym wykonanie wymagającej sporego wysiłki pracy.
- No, załatwione! Teraz możesz płodzić dzidziusie bez obawy, że… eee… To znaczy, chciałem powiedzieć, że nie musisz się martwić o podejrzane ziółka w bagażu swojej podopiecznej.
Jue rzucił mu długie, mroczne, bardzo wiele mówiące spojrzenie. Reth zrozumiał, że jeszcze słowo, a Mistrz go odwoła. Wolał więc nie przeciągać struny.
Spojrzał na tkwiącą nieruchomo Lan.
- Jestem ciekawy, ile już zobaczyła…
W tym samym momencie rozległo się gorączkowe, głośne walenie do drzwi.
- Mistrzu Metro, proszę, musisz nam pomóc?
Jue doskoczył do drzwi.
- Elai’aih?*
- Mistrzu, to karczmarz, który prowadzi ten przybytek – oświadczył Reth, podchodząc bliżej.
- Cóż, nie zaszkodzi sprawdzić.
Jue odsunął ciężką zasuwę i otworzył drzwi na tyle, by stanąć oko w oko z przerażonym w tym momencie mężczyzną. Nie mógł też nie zauważyć, że na fartuchu, który ten miał na sobie, były obecne ślady krwi. Świeżej, jeszcze czerwonej.
- Na… na dole… - wychrypiał, a jego oczy niemal wyskakiwały mu z orbit. Dwa podbródki trzęsły się niczym galareta.
- Reth, idziemy. Czy może pan popilnować mojej uczennicy, która teraz odpoczywa?
- Tak, tak, oczywiście!
- Zarygluj drzwi.
- Proszę, Mistrzu! Pośpiesz się!
Jue skinął głową, już biegnąc w kierunku schodów, które pokonał jednym skokiem. Źle jednak obliczył odległość pomiędzy ostatnim schodkiem a ścianą, więc uderzył w nią ramieniem, kiedy próbował złapać równowagę po lądowaniu. Szybko jednak wykorzystał tę sytuację na swoją korzyść. Wykorzystał siłę uderzenia do nabrania rozpędu przed następnym skokiem, którym ominął kolejną partię schodów, tym razem ostatnich.
Znalazł się w tym momencie pośrodku chaosu. Stoły i krzesła leżały porozrzucane i połamane po całym pomieszczeniu, skorupy zbitych talerzy, szklanek i butelek zaścielały podłogę niczym dywan, chrzęszcząc pod stopami ludzi, którzy w panice uchylali się przed czymś, co polowało na nich ze ścian i sufitu. Kilka bezwładnych, zakrwawionych ciał leżało przewieszonych przez przewrócone stoły i ladę.
Jue wyciągnął z kabur przy pasku pistolety, które zalśniły groźnie w blasku przytłumionego, pomarańczowego światła lamp wmontowanych w ściany. Wycelował w coś, co przypominało poruszający się z zadziwiającą szybkością cień.
~ Reth, widzisz go?
~ Tak, Mistrzu. To opętany. Tylko… coś z nim nie w porządku.
~ Z opętanymi nigdy nic nie jest w porządku.
~ Tak, ale… Nieważne. Tak czy owak, stanowi wyraźne zagrożenie dla ludzi, którzy są tutaj uwięzieni. Na drzwiach ktoś od zewnątrz nałożył pieczęć.
~ Dasz radę ją zdjąć?
~ Zaraz… Nie, coś mnie blokuje. Załatwmy najpierw opętanego, potem pomyślimy.
~ Do roboty w takim razie.
Jue uchylił się przed nacierającym na niego opętanym, który najwyraźniej zrozumiał, że pozbycie się celującego w niego z dwóch pistoletów Łowcy będzie najrozsądniejszym rozwiązaniem. Z rykiem zranionego zwierzęcia odbił się od sufitu i niczym pocisk zaatakował Mistrza, który w porę rzucił się w bok i przeturlał, chowając za przewróconym stołem. Mebel stanowił marną ochronę, ale Łowca doskonale wiedział, co robi. Przyłożył dłoń do pękniętego blatu i wzmocnił jego strukturę zaklęciem. Zrobił to w dobrym momencie, gdyż sekundę później drewno zadrżało od uderzenia, a Jue natychmiast przeturlał się w bok i wycelował w opętanego, który został na chwilę oszołomiony przez uderzenie.
Rozległ się huk, gdy dwa pistolety wystrzeliły jednocześnie. Dwa pociski ze świstem przecięły powietrze, znacząc trajektorię swojego prostego niczym strzała wypuszczona z łuku lotu dwiema czerwonymi smugami.
Opętany mężczyzna wrzasnął, gdy pociski utkwiły w jego ciele. Znowu skoczył na sufit, gotowy do ataku. Na ziemię spadło kilka kropel gęstej, czerwonej krwi.
~ Reth?
~ Mówiłem, że coś dziwnego jest w tym opętanym? Właśnie się dowiedzieliśmy dokładnie, co.
~ Wyjaśnij.
~ Trafiłem w niego, ale nie zagnieździłem się w nim. Wyrzucił z siebie moją obecność.
~ Innymi słowy, możemy go jedynie przerobić na krwisty kotlet?
~ Mistrzu… myślałem, że będziesz bardziej zdziwiony tym, że stajemy oko w oko z opętanym, który jest w stanie wyrzucić z siebie anioła?
~ Owszem, ale nie mamy czasu na roztrząsanie tego problemu!
Rzeczywiście nie było czasu. Opętany mężczyzna, wcześniej raniąc dwie osoby, znowu zwrócił uwagę na Łowcę. Jue ponownie skrył się za najbliższą przeszkodą, ale nie zdążył jej wzmocnić. Przeturlał się w bok, gdy rozległ się trzask łamanego drewna. Natychmiast też uniósł pistolety, przyklękając na jednym kolanie. W samą porę, gdyż przeciwnik rzucił się na niego, wprawiając swoje ciało w spiralny ruch.
~ Przygotuj się, Reth!
~ Gotów na twój rozkaz!
Jue kilkakrotnie pociągnął za oba spusty. Pistolety posłusznie wypluły z siebie kilkanaście ognistych pocisków, wypełniając powietrze zapachem spalonego prochu. Żaden z pocisków nie chybił celu, choć ten w pewnym momencie zatoczył się w bok. Jue, na wszelki wypadek, przeładował obie bronie i wycelował ponownie. Opętany jednak zwalił się z hukiem na podłogę i, drgnąwszy jeszcze, znieruchomiał całkowicie.
W pomieszczeniu nagle zapanowała cisza, zakłócana tylko ciężkimi oddechami, które Jue słyszał za swoimi plecami.
- Czy… czy to koniec? – zapytał ktoś po chwili.
Jue sam nie wiedział. Nie chowając jeszcze broni, podniósł się i podszedł do opętanego. Pochylił się nad nim, próbując zauważyć jakiekolwiek oznaki życia. Jedyne jednak, co był w stanie dojrzeć, to coraz wyraźniejsze ślady wypływającej z jego ciała krwi. Gęstej. Tak czerwonej, że niemal czarnej. Wyczuł też lekki zapach spalonego ciała – a więc Reth nie do końca został odrzucony. Przy takiej sile ognia, jaką w niego Jue wpakował, trudno było podejrzewać cokolwiek innego.
Odwrócił się do przerażonych ludzi, którzy stali za ladą ściśnięci w drżącą grupkę.
- On już nie zrobi wam krzywdy. Czy mogę jednak zadać wam jedno pytanie? Skąd się ta… istota wzięła?
Przez długą chwilę nikt się nie odzywał, ale Jue nie zamierzał nikogo przyciskać. Zaczął rozglądać się po pomieszczeniu, próbując ocenić szkody. Jako że przybytek nie był pięciogwiazdkowym hotelem, podejrzewał, że za kilka dni wszystko zostanie uporządkowane.
- On… on przyszedł z zewnątrz na chwilę przed tym, jak…
Jue pokiwał głową.
- Dziękuję, ta informacja bardzo mi pomoże.
- Czy możemy… czy możemy już wyjść?
Jue przypomniał sobie o zapieczętowanych drzwiach. Podszedł do nich, po czym przyłożył do solidnego drewna dłoń. Niemal jej jednak nie cofnął, czując, jak zostaje odrzucona przez potężne zaklęcie.
- Hm… To może chwilę potrwać – oświadczył, odwracając się do ludzi, którzy już zaczęli się rozchodzić. Dwaj rośli, ale widocznie wyczerpani mężczyźni, których twarze znaczyły liczne rany i zadrapania, podeszli do bezwładnie zwisających z połamanych mebli ciał, sprawdzając, czy uda im się odnaleźć w nich jakieś oznaki życia. – Dobrze, sprawdźcie, czy uda się coś dla nich zrobić. Ja zajmę się zaklęciem obecnym na drzwiach.
Jasnym się dla niego stało, że musi znaleźć się na zewnątrz, by móc cokolwiek poradzić na działające z tamtej strony zaklęcie. Tylko jak miał to zrobić? Pieczęć musiała obejmować cały budynek. Chociaż…
Może wcale nie musiał robić dziury w ścianie.
Zostawiając parter pod opieką cokolwiek wystraszonych ludzi, wbiegł na piętro i zapukał do drzwi pokoju, który niedawno opuszczał. Odpowiedziała mu cisza.
~ Reth, możesz otworzyć te drzwi? Karczmarz pewnie trzęsie portkami, zbyt wystraszony, by nam otworzyć.
Chwilę później drzwi stanęły otworem. Karczmarz rzeczywiście był wystraszony – poderwał się z wrzaskiem z krzesła, kiedy Jue przekroczył próg pokoju.
- Spokojnie, panie karczmarzu, to tylko ja. Problem, z którym miał pan kłopot, został rozwiązany.
- Na… naprawdę?
- Tak, chociaż zdążył narobić sporo szkód. Nie zamierzał poddać się bez walki.
- To… to… Dziękuję, Mistrzu! Obawiam się jednak, że nie mogę… zapłacić za pomoc…
Jue machnął ręką. Nie potrzebował pieniędzy.
- Muszę uporać się z jeszcze jednym problemem, ale pan może już zejść na dół. Byłbym wdzięczny, gdyby udało się panu uspokoić obecnych tam ludzi w razie potrzeby.
Mężczyzna energicznie pokiwał głową, po czym opuścił pokój. Jue zauważył, że kolana lekko mu drżały, ale utrzymał wyprostowaną postawę. Po schodach schodził jednak głośno niczym słoń.
Jue ponownie zaryglował drzwi, po czym podszedł do łóżka, na którym spała Lan. Zdążyła się przewrócić na bok, podkładając dłoń pod policzek. Jej pierś unosiła się w spokojnym oddechu. Na niej wcześniejszy incydent nie zrobił najwyraźniej najmniejszego wrażenia.
~ Mistrzu, czy planujesz to, co myślę?
~ Nie wiem, o czym myślisz, ale ja mam zamiar wyjść przez okno.
~ Heh, wiedziałem. Nie połam sobie nóg, Mistrzu.
Jue prychnął, po czym podszedł do okna. Wyglądało na dawno nieotwierane. Haczyk, który trzeba było przekręcić, zardzewiał i nie ruszył się bez raniącego uszy zgrzytu. W końcu jednak okno stanęło przed Jue i jego szalonym planem otworem. Odległość dzieląca go od ziemi nie wydawała się duża, ale mogło to być tylko złudzenie. W końcu było ciemno.
Jue nie zamierzał się dłużej zastanawiać nad tym, jak bardzo jego plan jest niebezpieczny. W kilku ruchach znalazł się na zewnątrz, zwisając całym ciałem za oknem, mocno trzymając się dłońmi parapetu. Nabierając odwagi, w następnym momencie się puścił. I nieźle by się zapewne poobijał, gdyby nie chwycił go tuż nad ziemią Reth.
~ Ty i te twoje szaleństwa, Mistrzu.
~ Oj tam. Ważne, że jesteśmy na zewnątrz. Możemy się zająć zaklęciem obecnym na drzwiach i wypuścić uwięzionych w środku ludzi.
Drobne kamyki zachrzęściły pod jego stopami, gdy mijał róg budynku. Drzwi wejściowe natychmiast rzuciły mu się w oczy, a wraz z nimi – wielka, lśniąca czerwienią pieczęć w kształcie oka. Bardzo świeża, potężna pieczęć.
~ Czy to nie magia, której używają czarownice? – zapytał Reth. W jego głosie pobrzmiewało zdziwienie.
~ Raczej taka, którą posługują się wiedźmy… Wygląda na to, że nasza misja nagle zrobiła się o wiele bardziej emocjonująca.
~ W Iztharze jest wiedźma?! Mistrzu, jeśli to prawda…
Jue potrząsnął głową, uciszając Retha. Wiedźma. Każdy Łowca wiedział, że powinien brać nogi za pas, gdy spotka jedną z nich na swojej drodze. Żaden Łowca bowiem w pojedynkę nigdy jeszcze żadnej z nich nie pokonał. Szaleństwem byłoby wytropienie jej kryjówki z Iztharze, jeśli takowa istniała. Nie w pojedynkę.
Jue poczuł jednak, że rzucono mu wyzwanie. A on żadnego wyzwania nie ignorował.
 _______________
 * Elai'aih: Formułka-zaklęcie, której używają Łowcy przy powitaniach. Najszybszy sposób sprawdzenia, z kim lub czym będzie się miało do czynienia - żąda ujawnienia ,,prawdziwej tożsamości" przybysza. Jeśli jest to ktoś opętany, demon będzie musiał przemówić.

Rozdział bardzo mi się podoba. Ale wygląda na to, że mój zapas weny został na jakiś czas wyczerpany. Chwilowo nie mam pomysłu na nowy rozdział. Ale kto wie, popróbuję się ponatychać :)

7 komentarzy:

  1. Odpowiedzi
    1. HA! a jednak to była Lan! No, no!;) Ciekawe co kupiła;D

      HOLY SHIT! HOLY SHIT! *zgon* Jasny gwint! O_O O_O O_O *zgon^2*

      nie dziwię się, że oczy Jue wyszły mu na wierzch! Jasny gwint! *brak słów* hahahahahahahahhahahahha! nie, przez ten tekst straciłam całą elokwencję! hahahahaha! niech m,nie ktoś powstrzyma hahahahaha! arcymistrz sugerował, że Jue rzuci się na Lan hahahaha biedny jue! hahahaha a reth, jak mu to ładnie streścił hahahahaha!

      hahahahaReth jak zawsze boski! hahahahaha "Teraz możesz płodzić dzidziusie bez obawy, że… eee… To znaczy, chciałem powiedzieć, że nie musisz się martwić o podejrzane ziółka w bagażu swojej podopiecznej." no hahahha! Retjh znowu na pierwszym miejscu! haha ;)

      niech zgadnę...: Natashka rozkręca akcję :D och, jaka ona cudowna! *w* I sprowokowała Jue! kto w końcu kogo się boi? Jue Natashy czy Natasza Jue? oj akcja nabiera tempa! nie mogę się doczekać nowego rozdziału! a widzę,że trochę się naczekam!;(

      ps. wybacz że tak krótko i tak późno ;( you-know-who doprowadził mnie do skrajnego wyczerpania ;x Mam nadzieję,że szybko się natchniesz i opublikujesz nowy rozdział! ;) buziak!:*

      Usuń
    2. Pierwsza tylko dlatego, że Mai wyjechała i że nie opublikowałam rozdziału wczoraj, choć był gotowy :) Małe zwycięstwo :) I cieszę się, że Reth znowu ci się spodobał w tym rozdziale... przyprawiając cię o nieco szalony... i chyba nie do końca kontrolowany śmiech ^.^

      Usuń
    3. Oj no, nie stopuj mojego zachwytu;( Ba, Retha jak zawsze genialny! ;]Natashka świetnie Ci wyszła, choć pewnie powinnam zjechać ją w komentarzach zamiast się nią zachwycać. ale wierz mi, świetnie wyszła ;)

      Usuń
    4. Dlaczego? Dobrze skonstruowany zUy charakater powinien być chwalony a nie zjeżdżany :D Jakby była do kitu i nie wydawała się zła to by można było po niej jechać ;p

      Usuń
    5. Chodziło mi o zjechanie za zachowanie Natashy ;) a tu zamiast jak Mai, wkurzać się na nią, zachwycam się jej charakterem *q* Nie to co Mai Noland... na niej nie zostawiłam suchej nitki ;x

      Usuń
    6. Hihi, bo Mai nie była tak majestatycznie zUa, jak Nataszka :D

      Usuń