niedziela, 9 września 2012

Lizzie [02]

Jue był pierwszą osobą, którą do siebie tak widocznie zniechęciłam. Gdy się bowiem obudziłam po wzmacniającej moje ciało i serce drzemce, jego już nie było w izbie chorych. Łóżko, do którego podeszłam z nową porcją medykamentów, świeciło pustkami. Ktoś zdążył już nawet zadać sobie trud pościelenia go na nowo. Tymczasem ja, lekko zdezorientowana, rozglądałam się po pomieszczeniu, jeszcze nie dowierzając w to, co widziały moje oczy. Nic dziwnego, skoro doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, jak poważne były rany chłopaka. Jakim cudem mógł się z nimi poruszać? 
Chcąc nie chcąc, musiałam zdobyć jakieś informacje na temat tego, co się stało z Jue. Musiało przecież istnieć jakieś proste wyjaśnienie tego, że chłopaka nie było. Przeniesiono go może? Pokiwałam głową na tę myśl. No tak, to było oczywiste. Jue Metro posiadał specjalne przywileje i zapewne zażądał, by leczono go w jego własnym pokoju. Właściwie nie spodziewałam się po nim takiego nadęcia i poczucia wyższości, ale w sumie zupełnie go nie znałam. Zamieniłam z nim tylko kilka słów jakiś czas temu. 
Jedna ze starszych alchemiczek, którą zagadnęłam, spojrzała na mnie dziwnie, ale w końcu odpowiedziała:
- Niedawno wyszedł wraz z ojcem.
- Ale... jego rany...
- Powiedział, że resztą zajmie się jego partnerka.
Ach, ta sławna partnerka. Odnosząc przygotowane mikstury, próbowałam przypomnieć sobie wszystko, co o niej wiedziałam. Z miernym skutkiem jednak. Dziewczyna, która stanęła u boku Jue niedługo po tym, jak rozbudziła się w nim magiczna moc, do tej pory owiana była tajemnicą. Mówiono, że jest z jakiegoś szanowanego rodu i że posiada nieprzeciętne umiejętności. Nikt jednak nie znał szczegółów. Rzadko też widywano ją przy boku Jue. Prawdopodobnie była młodsza od swojego partnera - i to na tyle, że rzadko kiedy mogła mu towarzyszyć. 
Istniała też możliwość, że Jue jej po prostu nie akceptował. 
Potrząsnęłam głową. Cóż, w każdym razie to już nie był mój problem. 
Wkrótce potem powróciłam do rutynowych zajęć. Większość ziół zakwitała w zielarni, więc tam właśnie spędzałam najwięcej czasu, zajmując się zbieraniem, wiązaniem, suszeniem oraz parzeniem ziół. Wieczorami pracowałam w laboratorium przy miksturach wraz z alchemiczkami. Pracowały szybciej ode mnie dzięki pomocy swoich strażniczek, ale starałam się z całych sił im dorównać. I choć wiedziałam, że nigdy nie będę w stanie tego zrobić, i tak czułam się usatysfakcjonowana. Nawet polegając tylko na własnej sile, byłam w stanie wykonać dobre mikstury. W międzyczasie zajmowałam się rannymi i chorymi, trafiającymi codziennie do izby chorych. 
Naprawdę myślałam, że los już nie postawi na mojej drodze Jue Metro. Myliłam się jednak. 
Tego ładnego, zimowego dnia wracałam z centrum miasta do Gildii z kilkoma rzeczami, na które w końcu mogłam sobie pozwolić. Byłam w dobrym humorze. Uśmiechałam się, słuchając odgłosu skrzypienia śniegu pod podeszwami moich butów. Mróz szczypał mnie w nos i policzki, ale nie przeszkadzało mi to. Co chwilę unosiłam do twarzy dłonie okryte ciepłymi rękawiczkami i chuchałam w nie, na chwilę ogrzewając skórę oddechem. Torbę z zakupami przyciskałam ramieniem do lewego boku pod ciepłą peleryną. 
Uwielbiałam patrzeć na miasto okryte śniegiem. Wszystko wydawało się takie bajeczne i czyste, jakby lśniące niewinnością. Jedynie graniczne filary, wznoszące się strzeliście ku niebu, były wolne od tego uroku. Surowa stal śniła w słabych promieniach słońca unoszącego się nad horyzontem. Uniosłam głowę, jednocześnie robiąc z jednej dłoni daszek nad oczami, by przyjrzeć się tym swoistym wieżom obronnym. Bariera, którą tak niezmordowanie generowały, niejednokrotnie uchroniła mieszkańców ziem neutralnych przed atakami sił nadprzyrodzonych. Co prawda zdarzały się wyjątki i od czasu do czasu jakaś dusza przenikała do miasta, ale było to zjawisko tak rzadkie, że mało kto się przejmował tą możliwością. W końcu Łowcy zawsze szybko reagowali. 
Przez chwilę stałam nieruchomo, przyglądając się filarom granicznym, i dopiero podejrzany krzyk odwrócił moją uwagę. Rozejrzałam się szybko, próbując się zorientować, skąd doszedł ten niepokojący odgłos. Wokół jednak panowała cisza. Wzruszając ramionami, ruszyłam w końcu przed siebie. To nie mogło być nic ważnego, skoro się nie powtórzyło. 
Nie zrobiłam jednak nawet dwóch kroków, gdy krzyk rozległ się ponownie. Tym razem byłam przygotowana i szybko zlokalizowałam stronę, z której dochodził. Właściwie bardzo niechętnie ruszyłam w tym kierunku, gdyż ten krzyk nie wydawał mi się wołaniem o pomoc. Było w nim zbyt dużo wściekłości. Nie wybaczyłabym sobie jednak, gdybym tak po prostu odeszła. Może i sama nie byłam w stanie wiele zrobić, ale jeśli zorientuję się w sytuacji, będę mogła sprowadzić pomoc. Przynajmniej w teorii. 
Doskoczyłam do ściany jednego z budynków i przykleiłam się do niej plecami, gdy usłyszałam głośne skrzypienie śniegu pod czyimiś butami oraz podniesiony, przepełniony wściekłością dziewczęcy głos. 
- Widziałam, jak na nią patrzyłeś! - oskarżał głosik. - Tylko jedno ci w głowie! 
- Mai...
- Nie próbuj zaprzeczać! Jeśli będziesz próbował, możesz być pewien, że powiem o wszystkim ojcu!
- A co jemu do tego?
Gdy zrozumiałam, że dwójka rozmawiających zaraz mnie minie, spojrzeniem poszukałam lepszej kryjówki. Mój wzrok natychmiast padł na pobliski kontener na śmieci, za którym znalazłam się jednym skokiem. Niestety, w tym momencie moje serce, nieprzyzwyczajone do wykonywania aż tak gwałtownych ruchów, zaprotestowało bardzo boleśnie. Zakryłam usta dłonią, nie chcąc, by mój jęk stał się słyszalny dla mijającej mnie pary, ale był to próżny wysiłek. 
Skrzypienie śniegu ustało. Kroki się zatrzymały, a dziewczęcy głosik zamilkł. 
- Kto tutaj jest?
Ból w mojej piersi się nie nasilał, ale był na tyle odczuwalny, że poczułam się zmuszona do uniesienia dłoni i wsunięcia jej pod pelerynę, by rozmasować pulsującą bólem okolicę. Skrzywiłam się, jednocześnie zaciskając zęby. Nie wydam z siebie żadnego jęku. Nie wydam...
Puf. 
Zamarłam. 
Podczas kiedy ja z niedowierzaniem spojrzałam na brązową torbę, która wyśliznęła się spod mojego ramienia i wpadła prosto w śnieżny puch, będąc powodem drobnego hałasu, jedna z postaci w kilku długich krokach odnalazła moją kryjówkę. Cóż, nie było sensu się ukrywać. Uniosłam więc głowę, przygotowana na wytłumaczenie tej sytuacji w najbardziej sensowny sposób z możliwych. 
Gdy mój wzrok padł jednak na osobę, która przede mną stanęła, zaniemówiłam.
- Ach, to ty - powiedział Jue, przyglądając mi się z dziwnym wyrazem twarzy. Wyglądał tak, jakby sam nie wierzył w to, co widzi. Szybko jednak wyciągnął rękę. - Zgubiłaś się? Dlaczego nie odpowiedziałaś?
Ani drgnęłam. Nie mogłam. Z jedną ręką na sercu, a drugą schowaną pod peleryną, po prostu przyglądałam mu się oczami rozszerzonymi ze zdumienia. Chwilę później zdziwiłam się jeszcze bardziej, gdy przy boku chłopaka pojawiła się mniej więcej mojego - to znaczy niskiego - wzrostu dziewczyna. Bardzo ładna, o krótkich, czarnych, lekko kręconych włosach i niezwykłych, fiołkowych oczach. Wyglądała trochę jak porcelanowa laleczka, tyle że bardziej żywa i... jakaś taka... niezbyt. Nie potrafiłam tego uczucia dokładniej określić. Wiedziałam jednak, że patrząc na nią, odczuwam silną antypatię w stosunku do niej. Może dlatego, że chwilę temu słuchałam brzmienia jej głosiku, który mi się nie spodobał. Brzmiał tak fałszywie.
- Kim ona jest? - zapytała laleczka, przyglądając mi się podejrzliwie. 
Zmusiłam się do tego, by w końcu się poruszyć. I odpowiedzieć, zanim podejrzliwość dziewczyny zostanie wystawiona na ciężką próbę. Nie miałam najmniejszego zamiaru jej denerwować. Od kłopotów chciałam trzymać się z daleka.
- Odpoczywałam. Trochę... bolało mnie serce. 
Uff. Powiedziałam to w końcu. Z kilkumiesięcznym opóźnieniem, ale zawsze. I dopiero teraz zaczęłam się zastanawiać, dlaczego wcześniej nie przeszło mi to przez gardło. Przecież nie było to trudne. 
Jue kucnął obok mnie i położył dłoń na moim ramieniu, przyprawiając mnie o dreszcz zaskoczenia.
- Serce? To coś poważnego? 
Potrząsnęłam głową. Ból w mojej klatce piersiowej powoli odchodził w zapomnienie, nie było czym się martwić. 
- Najwyraźniej spacer po mieście zmęczył mnie bardziej, niż myślałam. Naprawdę nic mi nie jest. 
Towarzyszka Jue schyliła się, by podnieść brązową torbę z moimi zakupami. Nie zdążyłam wystarczająco szybko zareagować, by jej ją odebrać. Z rozpaczą w oczach mogłam tylko obserwować, jak tajemnicza nieznajoma wykonuje ruch w kierunku kontenera na śmieci. 
O co jej chodziło? 
Jue, jakby w odpowiedzi na moje myśli, zatrzymał w samą porę swoją towarzyszkę, odbierając jej moje zakupy.
- Co ty wyprawiasz, Mai?!
Dziewczyna w odpowiedzi wydęła czerwone niczym wiśnie usta. 
- Sprzątam, a co. Śmieci powinny lądować tam, gdzie ich miejsce. 
- To nie twoje!
Mai, wyraźnie zirytowana, wyszarpnęła z jego dłoni torbę z moimi zakupami i rzuciła ją ze złością na ziemię. 
- Zwracam to, co twoje - syknęła, posyłając mi spojrzenie, którego nie powstydziłby się rasowy bazyliszek. 
Nie miałam pojęcia, jaki był jej problem. Wiedziałam jednak, że nie mam najmniejszej ochoty zgłębiać tematu i poznawać przyczyny takiego, a nie innego zachowania się dziewczyny w tej sytuacji. Z jakiegoś powodu widziała we mnie rywalkę, którą nie byłam i nie chciałam być. Czyżby bała się, że odwrócę od niej uwagę Jue? Cóż, o to nie musiała się martwić. Byłam tak mało zauważalna przez wszystkich dookoła, tak łatwa do zapomnienia, że moje istnienie nawet w świadomości Jue musiało zostać szybko wymazane. 
Chociaż, jak sobie uświadomiłam sekundę później, chłopak jednak mnie pamiętał. Kiedy się pojawił i na mnie spojrzał, natychmiast rozpoznał. Powiedział przecież ,,to ty", co znaczyło, że gdzieś w jego pamięci istniał mój obraz. Moja sylwetka. 
Ja. 
Spłonęłam ciemnym rumieńcem, sięgając po brązową torbę leżącą nieopodal mnie. Kątem oka zauważyłam zbliżający się szybko ku mojej dłoni but, więc wykonałam błyskawiczny ruch ręką, jednocześnie angażując ciałe ciało do tego, by wykonało go wraz ze mną. 
Skończyło się na tym, że upadłam niezgrabnie prosto w zimny puch, zakrywając sobą brązową torbę. But, który zmusił mnie do wykonania tego karkołomnego ruchu, wylądował na moim ramieniu. Usłyszałam jednocześnie głośny, nieprzyjemny, dziewczęcy śmiech nad głową. 
Mai... Co za żmija. Czy to ona była partnerką Jue? Nic dziwnego, że nikt właściwie nic o niej nie wiedział. Kto by w ogóle chciał cokolwiek o niej wiedzieć? Mi wystarczyło to, czego doświadczyłam przez te kilka chwil, gdy zostałam zmuszona do tego, by znosić jej wątpliwe towarzystwo.
Całe szczęście, nie byłam jedyną osobą, która zauważyła, że zachowanie Mai było nieodpowiednie. 
- Co ty wyprawiasz?! - ryknął Jue. - Natychmiast się stąd wynoś!
- Co?! Nie masz...
- Wynocha! Nie chcę na ciebie patrzeć!
Ostrożnie uniosłam się do pozycji siedzącej. Zaraz też chwyciły mnie silne ramiona, pomagając wstać. Podziękowałam cicho, energicznie otrzepując ubranie ze śniegu. Byłam pewna, że zaczerwieniłam się niczym piwonia, ale mało mnie to obchodziło. Byłam wściekła. Chyba jeszcze nigdy w życiu nie byłam tak wściekła na nikogo. Nawet na rodziców, którzy mnie porzucili. Na plotkarzy. Na wszystkich tych, którzy traktowali mnie niczym powietrze. Nawet na swoją chorobę, która nie pozwoliła mi być pełnoprawnym członkiem społeczeństwa Łowców, a to już było coś. Nigdy nie podejrzewałam, że natknę się na kogoś... takiego. 
Żałowałam, że kiedykolwiek doszło do tego nieszczęsnego spotkania. Gdybym wtedy nie zwróciła uwagi na ten krzyk... Ha! Dostałam srogą nauczkę. Nigdy więcej tego nie zrobię! Przecież doskonale wiedziałam, że i tak byłabym nieprzydatna, a jednak pchałam się tam, gdzie nie trzeba było. 
Spojrzałam w końcu na Jue, który stał ze spuszczoną głową i niemalże do krwi zagryzał wargi. Poczułam się więc w obowiązku go upomnieć.
- Zrobisz sobie krzywdę. 
Spojrzał na mnie, nie rozumiejąc. Przestał jednak gryźć wrażliwą skórę, więc uśmiechnęłam się z ulgą. Rany, których mógł się nabawić na takim mrozie, mogły stać się dla niego całkiem nieprzyjemne.  
- To była twoja partnerka? - zapytałam, kiwając głową w stronę wylotu uliczki, gdzie chwilę temu zniknęła sztywna sylwetka dziewczyny. 
Chłopak skrzywił się tak, że z trudem powstrzymałam się od głośnego śmiechu. Cóż, chyba nie tylko na mnie zrobiła tak piorunująco złe wrażenie. W jednej chwili poczułam sympatię dla tego biedaka, który został skazany na jej towarzystwo. 
- Z decyzji Arcymistrza - wyjaśnił z wyraźną niechęcią. Zaraz jednak się rozpogodził. - Chodź, odprowadzę cię. 
Tym razem to ja się skrzywiłam, jednocześnie potrząsając głową.
- Nie, dziękuję. Jeśli ta dziewczyna zobaczy nas razem, może wyciągnąć nieodpowiednie wnioski. Chyba uważa cię za swoją własność, a ja nie mam najmniejszego zamiaru z nią rywalizować. Brakuje mi na to zdrowia - dodałam, posyłając mu lekki uśmiech. 
- Ach, no tak. Twoje serce. Wspominałaś, że coś było z nim nie w porządku. Dalej cię boli?
- Nie, już nie. 
Chociaż chyba powinno, pomyślałam. Przepełniała je bowiem taka złość, ożywiająca jego rytm, że nie zdziwiłabym się, gdybym po drodze dostała zawału. Ale nie, nie zamierzałam dać Mai tej satysfakcji. Może i nie mogłam z nią rywalizować. Może i nie miałam do tego zdrowia. Może i to wszystko mnie nie interesowało, ale swoją dumę nadal miałam. Jeśli miałam umrzeć, to z pewnością nie z powodu takiej idiotki, jaką była partnerka Jue. 
- Chodź. O Mai się nie martw, dam sobie z nią radę.
Kiwnęłam głową w odpowiedzi. Miał rację, nie powinnam uciekać. Nawet, jeśli dziewczyna nas zobaczy, to ja nie miałam nic do ukrycia. Żmijowatość nie wychodziła ze mnie tak, jak z niej. Nie zamierzałam nikogo traktować jak śmiecia. Wręcz przeciwnie. Miałam zamiar zachowywać się całkiem normalnie i prowadzić całkiem kulturalną rozmowę z chłopakiem, który kiedyś, dawno temu, był obiektem mojego zainteresowania. Który przez pewien czas był moją bratnią duszą, obserwowaną przeze mnie z ukrycia. Miałam w końcu szansę z nim porozmawiać - teraz, kiedy oboje prawdopodobnie wiedzieliśmy o sobie tyle samo. Czyli prawie nic.
Oczywiście, Jue pytał o moją chorobę. Spodziewałam się, że rozmowa w końcu zejdzie na ten temat, więc byłam przygotowana. Właściwie zawsze byłam przygotowana. Gładko więc przeszłam od ogólników do szczegółów, badając co jakiś czas wzrokiem, czy moja opowieść nie nudzi mojego towarzysza. Nie wyglądało jednak na to. Jue przez cały ten czas, kiedy opowiadałam o sobie i swoim nieszczęsnym sercu, słuchał mnie uważnie, od czasu do czasu zadając pytania. 
- Hm, więc to dlatego nie możesz używać magii, chociaż posiadasz całkiem interesujący poziom mocy. 
Skinęłam głową. Niejednokrotnie słyszałam, że moja moc jest ,,całkiem niezła". Tym większa szkoda, że nie mogłam jej używać. Ja wiedziałam o tym najlepiej. 
Tym sposobem Jue poznał mnie niemal całkowicie. Od każdej strony. Zrozumiał, dlaczego zostałam oddana przez rodziców do Gildii, choć nawet ja czasem nie potrafiłam tego zrozumieć. Zrozumiał, dlaczego lepiej czuję się wśród książek i ziół niż wśród ludzi. W końcu oboje przechodziliśmy przez to samo - ludzką dyskryminację. Bolesną. Niewyobrażalnie krzywdzącą. I zupełnie bezmyślną, przynajmniej z mojego punktu widzenia. Nadal nie rozumiałam, jak można było w takim segregowaniu ludzi na lepszych i gorszych odnajdywać przyjemność. Co było wyznacznikiem tych wartości? Czy Mai była lepsza ode mnie w oczach innych ludzi dlatego, że miała zdrowie ciało i mogła przysłużyć się w walce przeciwko złym mocom? Odnosiłam wrażenie, że dziewczyna wcale nie miała na to ochoty. Jej rączki były zbyt miękkie i kruche. Nie nadawały się do ratowania świata. 
Zabawne, jak los lubi sobie z nas drwić. Mnie obdarzył słabym ciałem i silną magią, pozwalając, by zakwalifikowano mnie jako osobę bezużyteczną. Mai, która najwyraźniej nie potrafiła docenić tego, co otrzymała w darze, była kimś o wiele bardziej wartościowym ode mnie. 
O ironio. 
- Lizzie, jeśli chcesz, możesz mnie kiedyś odwiedzić - powiedział nagle Jue. Gildia stawała się coraz bardziej widoczna. 
Spojrzałam na niego, nie do końca rozumiejąc. To znaczy, zapraszał mnie do siebie? Do swojej komnaty w Gildii? Wiedziałam, że nadal mieszka w ojcem - przynajmniej od śmierci swojej matki. 
- Mówisz... o swoim pokoju w Gildii? - Musiałam się upewnić. 
Kiwnął głową. 
- Moglibyśmy razem się pouczyć, jeśli chcesz. Mimo, że nie możesz wykorzystywać swojej mocy, to nadal możesz się kształcić, prawda? Nawet, jeśli twoje serce jest tak słabe, możesz zostać co najmniej kapitanem, jeśli zdobędziesz odpowiednią wiedzę teoretyczną. 
Musiałam przyznać, że myślałam o tym już wcześniej. Wiedziałam bowiem o tym, że nie wszyscy Mistrzowie w Gildii posługiwali się magią. Przywoływani strażnicy mieli różne moce. Większość oczywiście należała do typów ,,magicznych", ale niektórzy z nich nie wykorzystywali siły żywiołów, by wspomóc Łowców w walce. Do takich typów należeli właśnie alchemicy działający w Gildii - siła ich strażników koncentrowała się wokół różnych umiejętności związanych z hodowlą ziół czy sporządzaniem mikstur. 
W każdym razie byłam na dobrej drodze do zostania pełnoprawną alchemiczką. To mi całkiem odpowiadało. Zdążyłam się już przyzwyczaić do widoku ran i krwi. Do jęków i krzyków. Do spojrzeń pełnych bólu i rozpaczy. A szczególnie do zapachu lekarstw sporządzanych w laboratorium. Było to coś, w czym doskonaliłam się sama i z czego byłam bardzo dumna. 
Jue wcale nie musiał mi uświadamiać tego, że wcale nie muszę się marnować w Gildii, jeśli tego nie chcę. Naprawdę mało mnie znał, jeśli czuł, że musi mi przedstawić tę możliwość.
Uśmiechnęłam się jednak w podziękowaniu. Doceniałam to, że troszczył się o moją przyszłość. 
Rozstaliśmy się przed głównym wejściem do Gildii. Jue został ściągnięty przez jednego z Mistrzów, który miał dla niego chyba jakieś zadanie, a ja wbiegłam do środka Gildii, chcąc się w końcu jak najszybciej ogrzać. Spędziłam na zewnątrz zdecydowanie więcej czasu, niż sądziłam, nic więc dziwnego, że przemarzłam. No i ten incydent z Mai... Brr. Na samą myśl o tym, co się stało, wstrząsał mną dreszcz. Miałam szczerą nadzieję, że w najbliższym czasie nie natknę się na tę nieprzyjemną dziewczynę, ale przeczuwałam, że tak się nie stanie. Mai wydawała się dziewczyną zdolną do prześladowań, a ja jej się najwyraźniej nie spodobałam. 
Zamierzałam się tym martwić, jeśli moje podejrzenia się sprawdzą, nie wcześniej. 
Niestety, ten czas nadszedł szybciej, niż się spodziewałam. 
Tego popołudnia przygotowywałam wraz z innymi alchemiczkami kompresy na odmrożenia i mikstury rozgrzewające. Pracowałyśmy szybko, gdyż na wieczór miałyśmy zaplanowane warzenie nowych balsamów, kremów oraz maści. Zapas kończył się szybko z powodu utrzymującego się mrozu. O tej porze roku przyjmowaliśmy więcej pacjentów niż zazwyczaj, choć z mniej poważnymi ranami. Najczęstsze były odmrożenia. Dlatego też tak szybko ubywało kompresów i balsamów. W zielarni jednak znajdował się olbrzymi zapas potrzebnych ziół, więc nie martwiliśmy się nigdy o to, że zabraknie nam składników - sen z powiek spędzał nam jedynie ogrom pracy, którą trzeba było wykonać, zanim powstał akceptowalny produkt. 
Miałam wrażenie, że tej zimy moje ręce zyskały na sprawności. Nadal nie potrafiłam wykonywać wielu rzeczy na równi z innymi alchemikami, korzystającymi z pomocy swoich strażników, ale i tak moje zdolności wzrosły. Moje palce poruszały się sprawniej, a ruchy stawały się coraz bardziej precyzyjne. Poza tym, odnajdywałam w wykonywanej pracy coraz więcej przyjemności. Lubiłam patrzeć, jak z pojedynczych składników powstaje coś, co może w krótkim czasie ukoić ból cierpiącego albo zamknąć krwawiącą ranę. 
Czułam dumę z wykonywanej pracy. 
Tego dnia nie było mi jednak dane w spokoju zająć się przyrządzaniem medykamentów, gdyż do izby chorych trafiła krzykliwa panna, którą w sumie nikt nie chciał się zająć. Wysłano więc mnie. Z najgorszymi przypadkami zawsze ja musiałam sobie radzić, choć wcale nie dlatego, że potrafiłam to robić. Byłam równie beznadziejna w radzeniu sobie z tymi wszystkimi zrzędami, co wszyscy inni. 
A tym razem miało być jeszcze gorzej.
Do szpitala bowiem przyniesiono Mai. Dość energiczną, więc ośmieliłam się stwierdzić, że nic jej być nie może. Oczywiście powiedziałam to na głos i z pewną satysfakcją.
- To ty - syknęła dziewczyna po krótkiej chwili milczenia, w końcu mnie sobie przypominając. 
- Och? Czuje się zaszczycona, że panienka mnie pamięta. 
Nie miałam zamiaru być sarkastyczna, ale mój głos bezwiednie przybrał taką, a nie inną barwę. Co więcej, wcale się tego nie wstydziłam. 
- Czego stoisz i się patrzysz! Bawi cię ten widok? Może byś się ruszyła i mi pomogła!
- W krzyczeniu? - zapytałam, unosząc brew. - Jeśli masz tyle energii, to zupełnie nie rozumiem, w czym problem. Może pomyliłaś piętra? 
- Liz!
Na dźwięk tego głosu dygnęłam szybko, sznurując usta. Oto bowiem zbliżał się Mistrz Basil, główny alchemik. Jakkolwiek mało go znałam, nadal czułam wobec niego wielki respekt. Fakt, że użył mojego imienia, wywarł na mnie ogromne wrażenie. Jak już kiedyś wspominałam, nie przywykłam do tego, by ludzie zwracali się do mnie po imieniu. Za każdym razem, gdy to robili, a ja uświadamiałam sobie, że jednak istnieję w czyjejś pamięci, dziwiło mnie to na nowo.
- Och, dobrze, nareszcie ktoś kompetentny! - ucieszyła się Mai, posyłając mi spojrzenie pełne wyższości. - Ty możesz już odejść, przybłędo. 
Nie ruszyłam się z miejsca. Nie byłam głupia. Nie miałam zamiaru słuchać rozkazów Mai, która była mi równa stopniem. Jedyną osobą, która mogła mi w tym momencie rozkazywać, był Mistrz Basil, a on ruchem dłoni dał mi znak, bym została tam, gdzie jestem. I choć właściwie cieszyłam się, że musiałam dawać Mai tej satysfakcji i wyjść, samo przebywanie w tym samym pomieszczeniu, co ona, przyprawiało mnie o mdłości. 
Zaraz jednak poczułam, jak na moje usta wypływa uśmiech. Ponad ramieniem Mistrza zobaczyłam bowiem, jak drzwi do pomieszczenia się otwierają, a do środka wchodzi Jue. Jego ramiona i włosy nadal pokrywała warstwa świeżo opadniętego śniegu, więc zrozumiałam, że musiał dopiero wrócić - z jakiegoś treningu pewnie. Szybko podbiegłam do niego, nie chcąc, by zabłocił podłogę. Byłam bowiem całkowicie pewna, że pod podeszwami jego butów czai się masa błota, którego nie miałam zamiaru sprzątać. 
- Jue, poczekaj, tu nie wolno...
Urwałam w połowie. 
- O, Lizzie. Cześć. 
Spojrzałam na niego niepewnie, odrywając wzrok od jego suchych butów. Jak to zrobił? Przebrał je, nie strząsając z ramion świeżego śniegu? 
- Wejdź... Zaprowadzę cię do Mai - oświadczyłam, próbując rozgryźć to dziwne zjawisko. - Ach, ale pozbądź się śniegu ze swojej sylwetki. 
Mai natychmiast się rozpogodziła, gdy zauważyła Jue. 
- Martwiłeś się o mnie? - zaćwierkała tak cukierkowo, że natychmiast postanowiłam uciec do laboratorium i zająć się pracą, dlatego też nie usłyszałam odpowiedzi, jakiej chłopak udzielił. Uch. Nie mogło być mu łatwo z taką partnerką u boku, ale, mimo to, wydawał się być zaniepokojony faktem, że Mai trafiła do szpitala. Ale może był po prostu miły, nie musiałam nadawać jego wizycie specjalnego znaczenia.
A w sumie mało mnie to wszystko obchodziło.
Tak przynajmniej próbowałam sobie wmówić.

_____
Uff. Drugi rozdział za mną. I, prawdę mówiąc, pisało mi się go naprawdę dobrze. Może dlatego, że wróciłam do pierwszoosobowej narracji... Poza tym, z Lizzie wychodzi całkiem ciekawa osóbka i dużą przyjemność sprawia mi pisanie z jej perspektywy. Rozdział 3 powinien zostać napisany niedługo ^.^

2 komentarze:

  1. O_O Limeciu, zamordować normalnie! -.-' Po pierwsze - co do jasnej ciasnej anielki tu robi MAI?! *kipi ze złości* No bez przesady -.-' Nie sądzę, żeby szanowna partnereczka Jue potrafiła zrobić więcej niż Lizzie, a na pewno lepiej niż ona też nie. Niech sobie ta wykorzystująca głupia baba ma te swoje moce których może używać bez szwanku na jej zdrowie, ale sądzę ze nie wkłada w to serca i dlatego uważam że Lizzie jest tysiąc razy lepsza od niej! *foch*
    No ba, że jej nie akceptował! Kto by akceptował taką.. wredną babę? O.o
    Wiesz, podziwiam Lizzie. Jest taka... no naprawdę ... ech. Dobrze że dziewczyna na zajęcie które jej pasuje i w trakcie któego czuje się spełniona. Dobrze, że ma zainteresowania które rozwija, i czuję, że mimo że nie może rozwinąć swoich umiejętności, żeby nie odbiło się to rykoszetem na jej zdrowi, to myślę, że osiągnie nie mniej, niż niejeden Łowca - alchemik. :)
    "Surowa stal śniła w słabych promieniach słońca unoszącego się nad horyzontem." - - - > Tu nie powinno być "lśniła" ? ^^' Tak mi sie rzuciło, nie wiem :)
    Oooo zaczyna sie akcja! hahaha XD No prosze, czyli ze okazuje się że Mai chciała utrzymać Jue na krótkiej smyczy ;) No, nie dziwię się, że to wszystko sie tak potoczyło ;) I mam nadzieje w sumie że wytłumaczysz całą histrię tej parki, co? :)
    hahaha! Oceninie Mai mi sie bardzo podobało xD porcelanowa laleczka i jakaś taka... niezbyt XD Strzał w dziesiątkę! *high five* ! xD
    Boże, Mai jest jeszcze gorsza niż w głównym opowiadaniu -.-' Naprawdę... Tak znęcać się nad... w sumie słabszymi? Jezu, jaka ona jest fuuu i beeee ;/
    Ale fajnie ż Jue od samego początku reaguje na te... bardzo nieprzyjemne zachowania Mai. Ale ja osobiście chyba przez to muszę się zastanowić nad zmianą pseudonimu ;/ Bo nie chce zeby ktokolwiek myślał ze mogłabym mieć cokolwiek wspólnego z tą fikcyjną Mai. Chociaż zmieniać nick to mogłam na samym początku... a teraz, po tych wszystkich latach i tak zostanie Maiakiem ;/ No i co ja mam zrobić? :(
    Wiesz co, nigdy bym nie powiedziała, że Jue może być taki... koffany! No wiesz. Lizzie z powodów niezależnych od niej nie może się kształcić na łowcę, w sensie nie może używać swojej mocy i uczyć się jak z niej korzystać. A Jue, tak właśnie ten sam kochany Jue, proponuje jej wspólną naukę ! Dobra, troche zahacza to o coś, co mówiłaś, że ich nie połączy. Ale nadal mam nadzieję, że między nimi bedzi tylko przyjaźć. Nie wiem, jakoś Lizzie mi nie pasuje do Jue. CHociaż... Kto wie, może Jue sie w niej podkochiwał? *myśli* Mniejsza o to, wyjdzie w praniu opowiadania ;p
    I tu właśnie, jest coś co ja kocham :) Bardoz szanuję osoby które kochają i czerpią przyjemność z wykonywanej przez nie pracy. Nawet jeśli ktoś ich nie docenia. To jest piękne :)
    No ale niestety - nie ma to jak wysyłać do czarnych przypadków Lizzie :/ Czy ona musi tak cierpieć? :( I w dodatku musiała jej trafić się MAI?! ( naprawdę zmienię swój nick ;/)
    Jaka przybłęda? Chyba Mai tu jest przybłędą -.-' wredna krowa -.-'
    Uh, naprawdę Mai jest tak przesłodzona i okropna ... Gorsza od Nat'ashy! -.-' Wiesz o co mi chodzi XD Ja Nat'ashę bardzo lubię jako zły charakter i w ogóle, ale... Mai to czysta przesada ;/ Ona to jest wredna... pozostawię to jednak bez komentarza;/
    Rozdział cudny i widać że piszesz to z wielką przyjemnością!
    Czekam na nowość z niecierpliwością, kochana! <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tam, bądź twarda i nie zmieniaj swojego nicku z powodu jakiejś głupiej, fikcyjnej bohaterki. No ja wiem, jak bardzo wredna mi ta dziewczyna wychodzi, ale po prostu nie mogę się powstrzymać. Z jakiegoś powodu tworzenie jej takiej, a nie innej, sprawia mi sporo radości. Hm, ale może kiedyś uda mi się ją zrehabilitować w Twoich oczach przynajmniej ^^ Na razie jednak będzie się kręcić w tym opowiadaniu, jako że jest jednak częścią całej historii i po prostu nie mogłam jej pominąć. Nie jestem pewna, ale chyba pisałam, że Mai była pierwszą partnerką Jue, tak więc musiałam to uwzględnić. No, chyba że jednak się myliłam i nic takiego nie pisałam - też bardzo możliwe ^.^ Powinnam porobić jakieś notatki, a nie polegać jedynie na mojej wątpliwej pamięci. Ale mniejsza. Przebrnę kiedyś przez wszystkie rozdziały, które napisałam, i powypisuję sobie najważniejsze rzeczy.
      A tymczasem skupię się na Lizzie. Cieszę się bardzo, że dziewczyna Ci się podoba tak bardzo, jak mi ;) Staram się stworzyć z niej bardzo przyzwoitą osobę, zupełne przeciwieństwo Mai :D Jak to się w końcu uda, jeszcze zobaczymy. I nie, nadal nie planuję żadnego romansu mędzy Jue a Liz. Nie wykluczam jednak, że słońce może mi paść na mózg i coś jednak zmienię w tym aspekcie ;p Zdarzały się i takie przypadki. Bo mi się akurat podoba wizja Jue i Liz razem... ale nie, mam na razie inną koncepcję ;)
      Ale, żebyś się tak nie musiała stresować, postaram się ominąć w rozdziale trzecim osóbkę Mai. Przynajmniej na tyle, ile będę w stanie :D Nic jednak nie poradzę na to, że dziewczyna lubi plątać się pod nogami Jue, a on jest dość ważną postacią drugoplanową w tej historii!

      Usuń