sobota, 5 kwietnia 2014

[Oneshot] Claude cz. 3

Niechęć. Nieufność. Odrzucenie.
Czuję, jak lodowate szpony rozczarowania rozrywają moja duszę. Powinienem był to przewidzieć, być przygotowany, przedsięwziąć odpowiednie kroki... Zareagowałem opryskliwością, nie pokazując nikomu uczuć, które mną targały. 
Reth, bo takie nosił teraz imię, był dokładnie taki, jakim go zapamiętałem. Łaska tylko w nieznacznym stopniu go odmieniła, wciąż przypominał dawnego siebie - tyle, że tego nie pamiętał. Był całkowicie przekonany, że był aniołem od samego początku swego istnienia. Nie rozpoznał mnie, nie rozpoznawał nawet ludzkiej części swojej duszy, która nadal w nim tkwiła - jako posiadacz podobnej cząstki, byłem w stanie zauważyć jej istnienie. 
Wiedziałem, że głupotą byłoby przywoływanie dawnych wspomnień. Wspomnień z innego życia. Reth zżył się ze swoją anielską łaską. Gdybym naciskał, tylko bym go zirytował. Nic bym nie wskórał. 
Wiedziałem, że nie wypadłem zbyt dobrze w jego oczach. 
Ale co mogłem zrobić? Uznałem, że i tak spotkało mnie zbyt wiele szczęścia, skoro udało mi się po tak długim czasie spotkać anielskie wcielenie duszy Nate'a. Powinienem się cieszyć. Druga taka szansa mogła już się nie trafić, toteż stwierdziłem, że muszę dobrze wykorzystać dany nam czas. Oczywiście, miałem swoją misję, a Hale nie wyglądał na uszczęśliwionego nowo zawartym paktem z demonem, ale przynajmniej udało mi się go przekonać. 
Miałem nadzieję, że uda mi się spotkać go jeszcze chociaż raz. Czy prosiłem o tak wiele? 

Od chwili, w której spotkałem Retha, czas w piekle zaczął mi się dłużyć, choć wcześniej nawet nie zauważałem jego upływu. Minęły wieki od mojej śmierci, a ja czułem się tak, jakby to było wczoraj. Może dlatego, że wcześniej nie pozwalałem sobie na komfort zbyt długiego myślenia nad upływającymi chwilami, ale wszystko zmieniło się w momencie, kiedy w końcu spotkałem się w twarzą w twarz z Nate'em. 
Z Rethem. 
Każda sekunda bez niego wydawała mi się wiecznością. Nie mogłem spać, nie mogłem jeść - wracałem do stanu początkowego, kiedy to niezdarnie poznawałem możliwości mojego nowego ciała. Ani jedzenie, ani sen nie były potrzebne demonom do przetrwania, ale pomagały utrzymać ,,ludzką" postać poprzez ludzkie nawyki. Chociaż w naszych piersiach nie biły serca, a nasze komórki nie potrzebowały tlenu do przetrwania, nasze nowe powłoki materialne zostały ukształtowane tak, by jak najlepiej odzwierciedlać ludzkie odruchy. 
Wiedziałem, że jeśli czegoś nie zrobię, zacznę zmieniać swą postać w bardziej... demoniczną. Czułem swędzenie pod skórą na samą myśl o tym. 
Ale czy to było takie złe?... Wiedziałem, że większość demonów porzucała swe cielesne powłoki, uważając je za słabość, która do nich nie pasowała. Z drugiej strony posiadanie siły pomimo ludzkiego wyglądu świadczyło o wielkiej potędze. 
Gdybym zaczął się zmieniać, poczułbym, że staczam się na samo dno. Straciłbym wszelką nadzieję na to, że Reth w jakiś magiczny sposób przestanie łypać na mnie złym okiem i może obdarzy mnie jednym z tych swoich magnetycznych uśmiechów?... Ach, był taki piękny w swej nowej postaci. Bił od niego niezwykły blask, choć był tak zwanym upadłym aniołem.
Musiałem go spotkać, choć jeszcze jeden jedyny raz. Potem mogłem się zatracić. 

Byłem oszołomiony. Zagubiony. 
Ale bardzo szczęśliwy.
Reth w mgnieniu oka nawiązał ze mną kontakt i odcisnął na mojej duszy piętno więzi, jakby to była najbardziej naturalna rzecz na świecie. Nie miałem pojęcia, co go do tego skłoniło, jako że sytuacja nie była awaryjna, ale nie zdążyłem nawet zaprotestować. Wszystko to stało się w chwili krótszej niż jedno uderzenie serca. Reth obnażył moją duszę i oznaczył ją, jakby doskonale wiedział, co powinien robić. A przecież nawet go nie wpuściłem. 
Potem on był oszołomiony, kiedy zrozumiał, co zrobił. Radość rozsadzała moją duszę i obawiałem się, że Reth, teraz związany ze mną więzią, odczuje te emocje, toteż jak najszybciej okryłem się płaszczem obojętności. 
Przynajmniej teraz mieliśmy powód, by odbyć ze sobą długą pogawędkę. Kiedy zorientowałem się, że Reth wcale nie zamierzał tworzyć ze mną więzi, udało mi się ukryć rozczarowanie. Ale w zasadzie nie wydawał się tym faktem tak bardzo poruszony, jak myślałem. Aniołowie nie potrafią ukrywać swoich uczuć, więc wiedziałem, że te uczucia, które odbijają się na jego twarzy, są jak najbardziej szczere. 
Był zadziwiająco uległy... Albo szedł na żywioł, co było bardziej adekwatnym stwierdzeniem. Uznał, że skoro nabałaganił, weźmie na siebie za wszystko odpowiedzialność.
Cóż, odpowiedzialność to też dobra wymówka, żeby dłużej pobyć w jego towarzystwie, stwierdziłem. 

Nie minęło kilka dni, a obudziłem się z w jednym łóżku z Rethem. Jak to się stało? Leżałem chyba całą wieczność, analizując zaistniałą sytuację. Ramię mi drętwiało, gdyż anioł opierał na nim głowę, a kosmyki jego czerwonych niczym wino włosów łaskotały moją skórę. Szybko jednak odgrodziłem się od tych sensacji, nie chcąc wykonywać żadnych zbędnych ruchów. 
Reth wyglądał przecudownie. 
Hm. Wiedziałem, że za to, co się stało, może nas czekać coś gorszego od samej śmierci. Coś gorszego od wiecznych tortur. I nie chodziło wcale o to, że zagarnąłem dla siebie anioła. Bez znaczenia był nawet fakt, że oboje byliśmy tej samej płci - w końcu aniołowie, którzy dobierali się w pary, nie mogli powoływać do życia innych aniołów, więc nie chodziło tu o rozmnażanie. Właściwie, gdyby chodziło o związek dwóch aniołów, nikt nie powiedziałby ani jednego słowa na ten temat. 
Ale hej, ja byłem jedną z najbardziej plugawych istot piekielnych, a Reth jednym z najpiękniejszych aniołów, który odrodził się dzięki łasce Mika'ela. Nie było w Niebie ani jednej osoby, która pobłogosławiłaby nasz związek. A w piekle nie mogliśmy się wiecznie ukrywać. 
Coś czułem, że grube szychy z samej Góry pofatygują się do mojego skromnego domostwa w bardzo niedługim czasie... 
Tymczasem Reth najpierw przekręcił się na drugi bok, uwalniając moje drętwe już ramię, po czym nagle znalazł się w pozycji siedzącej. Na jego twarzy malowało się oszołomienie. 
- Co... och! O, ale tu ciemno nawet za dnia!
Wystarczył jeden wymach śnieżnobiałymi skrzydłami, by znalazł się przy oknie. Kolejny wymach i już miał na sobie przyzwoicie zakrywającą jego ciało delikatnie tkaną tunikę i spodnie. Nos i dłonie przykleił do szyby. 
- Łał, widzę jakieś rośliny! Hej, Claw, co to są za owoce? W życiu takich nie widziałem! Rosną tutaj bez słońca i wody? 
Potrzebowałem dłuższej chwili, żeby się otrząsnąć i mu odpowiedzieć. 
- Osobiście je podlewam. Magicznie. Oczywiście, wszystkie owoce są jadalne dla demonów... Nie wiem, czy aniołowie mogą je jeść.
- Hej, masz tu chętny obiekt do przeprowadzenia próby! - Reth się rozpromienił. 
- Cóż, jeśli nalegasz... 
Reth bez większych ceregieli otworzył okno i wygramolił się na zewnątrz, ku mojemu największemu zdumieniu. Po chwili wrócił, trzymając w dłoniach małe, czerwone kulki nakrapiane żółtymi i pomarańczowymi plamkami. 
- Jak smakują? - zapytał, podając mi jeden owoc. 
- Są... słodko-gorzkie. Mają dużo małych pestek. 
- Hm... - Reth wgryzł się w zamyśleniu w owoc. - Nie mamy takich w Niebie. Tam prawie wszystko smakuje jak cukier. Wiesz, jabłka, gruszki czy śliwki - wszystko jest słodkie, bez cienia goryczy. Wszystko wprost rozpływa się w twoich ustach... Hm. Te pestki są całkiem twarde.
- Skąd te rozważania o owocach? - spytałem ostrożnie, rozgryzając moją kulkę. Była bardzo soczysta. Po moim języku rozlała się cierpka gorycz, zastąpiona prawie natychmiast słodyczą. 
Reth spojrzał na mnie z niezwykłą przenikliwością. 
- Stąd, że zeszłej nocy... hm, czy w piekle istnieją pory dnia?... skosztowaliśmy we dwoje zakazanego owocu. Innego niż to - pokazał mi nadgryzioną kuleczkę - ale o podobnym smaku. 
Spuściłem wzrok. No pięknie, teraz się zacznie... Czy będzie histeryzował? Panikował? 
- Jak już mówiłem, w Niebie takich owoców nie ma. Tam aż kipi od słodyczy. Może dlatego, że większość aniołów zrzeka się swojej płci, jako że nie jest im ona potrzebna. Wiesz przecież, że nie możemy się rozmnażać. Zbliżenia między nami się zdarzają, i to niekoniecznie platoniczne, ale wszystko jest takie... 
- Słodkie? - podpowiedziałem cichym głosem. 
- O, tak właśnie! - Reth zachichotał. Szybko jednak spoważniał. - Nie chcę, byś się za cokolwiek obwiniał. Nie chcę, byś myślał, że żałuję. Wiedziałem, co robimy. Oboje. Misiek pewnie walnie mi jakieś kazanie o braku wstydu, ale nie sądzę, by inni mieli jakieś zdanie w tej sprawie. To znaczy, szum może się podnieść, ale większość moich braci i sióstr stwierdzi po prostu, że interesowanie się tym tematem jest poniżej ich godności. 
- Nie będziesz miał kłopotów? 
- Może... Jeśli moja dusza do nich trafi. A nie zamierzam jej tanio sprzedawać. A może nawet nie będą jej chcieli...
- Reth, nie wolno ci tak mówić!
Napłynęły wspomnienia. Ja, rozrywany na kawałki, żebym mógł się odrodzić na nowo. Proces miał być dla mnie bezbolesny, jako że miałem pełnić ważną funkcję w piekle. Zdecydowałem się jednak zatrzymać te cząstkę mnie, która pamiętała Nate'a, i wtedy mnie nie oszczędzono. 
Gdyby Reth miał zostać strącony w ten sposób... Nie, jego czekał znacznie gorszy los. 
- W porządku. Ja też nie sądzę, by ze mnie zrezygnowali. Jestem kłopotliwy, ale i tak są ze mnie dumni, a co! Dlaczego nie mieliby przymknąć oczu na to, że sypiam z Rycerzem Piekieł? 
- Bo to grzech? 
No dobrze, byłem uparty. Sam nie wiedziałem, dlaczego tak bardzo zależy mi na tym, by go odepchnąć. Powinienem być szczęśliwy, a nie wynajdywać wymówki, by go od siebie oddalić!
- Co może być złego w tym, że oboje okażemy sobie nawzajem trochę miłości i czułości? - Reth był naprawdę przekonany, że to on ma rację. 
Uchwyciłem się jednak słowa ,,miłość", które padło z jego ust. Wiedziałem, że się nie przesłyszałem!
- Mówisz o miłości, ale... Reth, przecież nawet mnie tak do końca nie znasz. 
- O czym ty w ogóle mówisz? Na co niby nam więź, która nas łączy? Myślałeś, że nie zrobię z niej użytku? Claw, wystarczyło sięgnąć, by poznać cię na wskroś. 
Spojrzałem na niego tak, jakbym widział go pierwszy raz w życiu. Co zrobił?! Jakim cudem?!
Na usta Retha wypłynął cwany uśmieszek. O kurczę, chyba coś przegapiłem... 
- Przepraszam, powinienem był ci powiedzieć, ale myślałem, że zdajesz sobie z tego sprawę. Powstałem dzięki łasce jednego z najpotężniejszych archaniołów. Przejrzenie twojej duszy bez twojej zgody było aż nazbyt proste. I to nie z tego powodu, że źle się pilnowałeś czy ja bardzo się starałem... No dobrze, może zrobiłem to nawet wbrew własnej woli. Po prostu spróbowałem i... 
- Więc... widziałeś moje wspomnienia?... 
- Ach, nie. Aż takim draniem nie jestem. Dotarły do mnie uczucia, ale nie obrazy. Szybko odwróciłem wzrok, kiedy zrozumiałem, jak wielką władzę posiadam nad twoją duszą. Byłem... zafascynowany. Dlatego ostatnio wszędzie się na mnie natykałeś. Ty... wiesz o mnie więcej, niż ja sam, prawda? 
Z ociąganiem pokiwałem głową. Sam już nie wiedziałem, czy chcę, by Reth poznał swoją przeszłość. Był teraz aniołem i naprawdę nie potrzebował swoich ludzkich wspomnień. Co miałby z nimi zrobić? Jako anioł musiał się wyrzec swojego człowieczeństwa. 
W następnej chwili miękkie usta Retha wylądowały na moich. Były przesycone słodyczą.  Niemal się rozpłynąłem.
- To, kim byliśmy, nie ma już znaczenia, Claw. Nigdy do tego nie wrócimy. Ale możemy stworzyć naszą historię na nowo. Ty. I ja. Dziękuję, że zdecydowałeś się pamiętać o tym, kim byłem. Ja jednak patrzę tylko w przyszłość. Od ciebie zależy, czy będziesz chciał patrzeć w nią wraz ze mną. 
Przyciągnąłem go do siebie. Objąłem. 
Nie mogłem go wypuścić ze swoich objęć po raz drugi. Nawet, jeśli miałbym stawić czoła całym zastępom anielskim. 

Siedzimy na ławce w moim ogrodzie. Roślinność jeszcze nigdy nie wyglądała tak żywo i bogato - teraz, kiedy przepełniało mnie uczucie absolutnego szczęścia, przykładałem szczególną wagę do tego zakątka, który Reth tak uwielbiał. W końcu był istotą niebiańską - większość czasu spędzał wśród oszałamiających krajobrazów. Miejsce, w którym mieszkałem, było tylko jałową pustynią, od wieków pogrążoną w ciemności, ale postarałem się o kawałek zieleni, na którą bez żalu poświęcałem część mojej magii. Stworzenie iluzji słońca i błękitnego nieba wykraczało jednak poza moje możliwości, więc siedzimy w świetle zapalonych pochodni. 
Reth stwierdza, że to bardzo romantyczne rozwiązanie. 
Uśmiecham się. Dawno już zdecydowałem się ignorować nachodzące mnie wątpliwości, a było ich na samym początku bardzo wiele. Nie wiedziałem, jak sprawić, by Reth czuł się dobrze, kiedy mnie odwiedza. Wiedziałem, że przywykł do ładniejszych widoków i lepszego towarzystwa. W Królestwie Ciemności nic nie mogło cieszyć jego anielskiego gustu. Poza granicami mojego domu rozciągała się pustka i przenikliwy chłód. Zadbałem o to, by droga prowadząca od przejścia aż do furtki była znośna, ale wydawało mi się, że nadal wygląda jak jakaś podejrzana alejka z koszmaru sennego. 
Retha cieszył najmniejszy nawet szczegół. 
Więź, która nas łączyła, pozwoliła mi wejść do Nieba. Przeżyłem szok, gdy uderzyła we mnie feeria barw zaraz po przejściu przez bramę międzywymiarową. To był zupełnie inny świat i nie rozumiałem, jak Reth może w ogóle rozważać możliwość zejścia do ciemnych i nijakich stron, które zamieszkiwałem. A przecież schodził do mnie, i to niejednokrotnie. 
Miałem wrażenie, że moja obecność źle wpłynie na ten śliczny zakątek Nieba, który Reth zamieszkiwał, więc poruszałem się ostrożnie, niczym w sklepie z najdelikatniejszą porcelaną. Wśród szumiących sennie drzew odnalazłem chatkę jak z marzeń - po ścianach z czerwonego drewna wspinały się pnącza bluszczu, różnokolorowych róż i drobnych, białych kwiatków, których nie rozpoznałem. Na połowie dachu pokrytego czerwoną dachówką rozłożyła się rozkwitająca korona jabłoni. Różowe płatki leniwie opadały w dół, na ganek okolony solidną balustradą z wiśniowego drewna.
Retha znalazłem na tyłach, odpoczywającego swobodnie w rozpiętym między drzewami hamaku. 
Miałem ochotę dać nogę, ale stwierdziłem, że nie będę tchórzem. Atmosfera tego miejsca jednak onieśmielała mnie i przytłaczała. Nie czułem się w najmniejszym stopniu swobodnie. Miałem wrażenie, że w każdej chwili może mnie powalić grom z jasnego nieba. 
Nic takiego się jednak nie stało. Nikt nawet nie wpadł z wizytą, czego też się obawiałem. 
Kiedy wróciłem do siebie, nie potrafiłem zrozumieć, jakim cudem Reth zdobywa się na odwagę, by zejść w piekielne czeluście. 
Dlatego zacząłem więcej uwagi poświęcać roślinom w moim skromnym ogródku. Kiedy Reth odwiedził mnie po raz kolejny, zaprosiłem go do mojego własnego wypielęgnowanego królestwa roślin. 
- Och... Och! - wyrwało się z jego piersi, po czym rzucił się do dotykania każdego listka i źdźbła trawy. Kiedy skończył, policzki miał czerwone. - Tu jest jeszcze piękniej, niż poprzednio! O, i te czereśnie strasznie mnie kuszą!
Nazrywaliśmy więc pełne garście czereśni i porozkoszowaliśmy się ich słodyczą. Miałem jednak na końcu języka milion pytań. Nie mogłem nie zadać przynajmniej jednego. 
- Reth, dlaczego tak bardzo się ekscytujesz... tym? - Wskazałem nieokreślone miejsce, mając na myśli cały ogródek. - Przecież jesteś przyzwyczajony do lepszych widoków. 
Z niemal czarnymi od soku wargami, Reth udzielił mi zaskakującej odpowiedzi. 
- Czy nie sądzisz, że róża wyrastająca pośród chwastów jest piękniejsza od tej, która rośnie w towarzystwie setki innych róż, które są do niej podobne? Cóż, jako anioł czuję się w obowiązku podziwiać tę cudownie upartą różę, która postanowiła zamanifestować swoje piękno i siłę pomimo ekstremalnych warunków. 
- No, może... 
- Twój ogródek ma charakter. Podoba mi się - świadczył Reth z szerokim uśmiechem na ustach. Potem oparł głowę na moim ramieniu. - Chciałem o czymś z tobą porozmawiać, Claw. 
Serce podskoczyło mi do gardła. Spodziewałem się najgorszego. 
Jego słowa jednak zupełnie mnie zaskoczyły. 
- Chciałbym, żeby dzieci Jue nie zostały związane z żadną duchową istotą. 
- Co ty mówisz? Przecież to zostanie źle odebrane przez tę ich całą Gildię, prawda? - Nie rozumiałem, co mu strzeliło do głowy. 
- Może. Jue wraz ze swoją rodziną będzie musiał usunąć się w cień... Ale tam będzie najbezpieczniej w nadchodzących latach. Równowaga na Ziemi zaczyna się zmieniać, czuję to za każdym razem, kiedy Jue mnie przywołuje. Szykuje się coś dużego. 
Pomyślałem o Apokalipsie, ale przecież jedna już była. 
- To jedyny sposób, żeby ochronić jego rodzinę. Wiem, że będzie zawiedziony, kiedy się okaże, że żadne z jego dzieci nie odziedziczyło talentu, ale kiedy przyjdzie jego czas, zrozumie. Nie mogę mu o niczym powiedzieć teraz, ponieważ wymusi na mnie zmianę postanowienia. 
- Hm. Sporo ryzykujesz. 
Reth pokiwał głową. 
- Sam źle się z tym czuję. 
- Ale twój niepokój jest silniejszy od wyrzutów sumienia? 
- Tak. Po prostu wiem, że jeśli chcę ochronić jego rodzinę, muszę ich odsunąć od Gildii i całego zamieszania. Dlatego proszę cię o pomoc. 
- Cóż, ja nie mam wpływu na cały proces dobierania strażników dusz ludzkich...
- Nie, nie o to chodzi. Proszę tylko o to, byś nie reagował na ewentualne prośby ze strony Jue. Wiem, że w końcu się do ciebie zwróci. 
Mogła zaistnieć taka ewentualność. 
- Proszę tylko o to. Z resztą dam sobie radę. 
Szybko pogłaskałem go po głowie. Wyglądał tak, jakby miał się rozpłakać... Uległem jego prośbie, w końcu nie wymagał zbyt wiele. 

Okazało się, że Reth miał rację. Równowaga została zachwiana. Pałeczkę przywództwa, którą do tej pory dzierżyła Gildia Łowców, wpadła w ręce wiedźm. Rozmnożyły się niczym grzyby po deszczu i zaczęły polować na Łowców. To była prawdziwa rzeź. Gorsza nawet od Apokalipsy, bo wtedy znaleźli się aniołowie-renegaci, którzy stanęli w obronie ludzkości. Z własnej woli. 
Wiedźmy natomiast kontrolowały niezliczone rzesze demonów.
Do tego czasu jednak Jue wraz z Teią oraz dziećmi przeprowadzili się do niepozornej wioseczki gdzieś na końcu świata i przetrwali kryzys w zupełnej nieświadomości. Zaczęli życie na nowo. Zżyli się ze społecznością cichych, ale pracowitych ludzi. Ich dzieci bawiły się beztrosko z innymi dziećmi i zdzierały sobie do bólu kolana. Rosły jednak zdrowo, zwyczajnie, bez widma ich utalentowanego ojca wiszącego nad ich przyszłością. 
Kiedy synowie i córki Jue dorośli, związali się z zupełnie zwyczajnymi kobietami i mężczyznami. Powołali na świat równie zwyczajne dzieci. A kiedy i one podrosły, cykl rozpoczął się na nowo. 
Jue do końca swojego życia żałował, że żadne z jego dzieci nie odziedziczyło po nim talentu. Tak, jak Reth się spodziewał, przyszedł z tym problemem najpierw do niego, a potem do mnie. Oboje rozłożyliśmy ręce w geście bezradności. Poradziliśmy mu, by w końcu zaczął żyć pełnią życia, w spokoju dożył starości u boku Teii i nacieszył się dziećmi, wnukami i prawnukami, jeśli Bóg pozwoli. Miałem wrażenie, że nigdy do końca nie uwierzył w nasz akt, ale nie miał podstaw sądzić, że kłamaliśmy. 
A kiedy z jego piersi wyrwało się ostatnie tchnienie, zrozumiał. Lekki uśmiech zamarł na wieki na jego ustach.
Reth odwiedzał regularnie zakątek, w którym Jue i Teia spędzali wieczność. Odszukał także Lan i Hale'a, czym uszczęśliwił całą czwórkę. 
Ja oczywiście nie miałem wstępu do tej części Nieba, toteż przekazywałem pozdrowienia poprzez Retha. Jak się dowiedziałem, wszyscy się dziwili, że Reth nadal ze mną wytrzymuje. Cóż, ja również nie mogłem się temu nadziwić, ale nie chciałem kusić losu. Przyjmowałem rzeczy takimi, jakimi były. Nie chciałem po raz kolejny żałować. 
Reth był przy mnie. Dla mnie. Uległy, oddany, kochający. Nie pojmowałem tego, ale nie potrafiłem tych uczuć kwestionować. Ja także go kochałem, bezwarunkowo. Czasem traktowałem go tak, jakby był ze szkła, ale Reth rozumiał więcej, niż chciałem. Kiedy zaczynałem przesadzać - nawet w myślach - przypominał mi całym sobą, że wcale nie jest taki aniołkowaty, jak to sobie wyobrażam. 
Miał w sobie więcej ognia, niż piekielne jeziora wypełnione wiecznym ogniem. 
Nie miałem pojęcia, jak żyłem, zanim ponownie się nie spotkaliśmy. Czym wypełniałem dnie? Jak radziłem sobie z samotnością? Jakim cudem nie oszalałem, czepiając się jedynie okruchów wspomnień? 

Wiedziałem o sytuacji w Międzyziemiu. Wszyscy wiedzieli. 
I wiedziałem, że w jakiś sposób Reth w końcu się w to wszystko wkręci. Miał do tego naturalny talent. Był samozwańczym obrońcą uciśnionych i za to też go kochałem, ale czasem... Czasem miałem ochotę po prostu zamknąć go w klatce i nie wypuszczać. 
Reth zamknięty w klatce? Ha! Absurdalny pomysł. Niewykonalny. 
Nawet się nie zdziwiłem, kiedy moje podejrzenia się potwierdziły. Reth, uparcie wbijając wzrok w podłogę, poprosił mnie o pomoc. Chciał, żebym udzielił schronienia uciekinierom z Międzyziemia, przy okazji uświadamiając mnie w tym, co się dzieje. Wysłuchałem go i tylko pokiwałem głową. Jak już wspominałem, naprawdę mogłem się tego spodziewać.
Wiedziałem, że rzuci się na głęboką wodę. Szybko też poznałem powód, dla którego był gotów to zrobić. 
Nair Feshaar był spokrewniony z Jue. No tak, w takim razie Reth nie mógł odpuścić. Chociaż całe wieki upłynęły od czasu, kiedy Jue wydał ostatnie tchnienie i zwolnił go z obowiązku służenia, anioł był wobec niego lojalny nawet po śmierci. Dotyczyło to także wszystkich spokrewnionych z nim osób, w tym praprapra... wnuków. Głowa zaczęła mnie boleć od próby policzenia generacji. Byłem jednak pewien, że Reth doskonale się w tej kwestii orientował. 
Nie mogłem mu niczego zabronić. Kochałem go i chciałem, by był szczęśliwy. Nie mogłem trzymać go pod kluczem, jeśli to go nie uszczęśliwiało. 
Musiałem wierzyć, że będzie ostrożny. Zawsze był, ale nie zaszkodziło w niego uwierzyć. 
Cokolwiek by się nie stało... Odnaleźliśmy się raz. Nie widziałem powodu, dla którego nie mielibyśmy zrobić tego po raz drugi... dziesiąty... i nawet setny. 

END

***Od aŁtorki
Trochę mi smutno, że to już koniec. Może bym mogła kontynuować o Clawie, ale pora zabrać się za EXPERIMENT. Albo może za coś lżejszego, jeszcze nie wiem, na co mam ochotę. Tematyka fantastyczno-anielska trochę wychodzi mi już bokiem. Może szarpnę się na jakiś pseudo romans. Tym razem heteroseksualny, obiecuję. To znaczy, mi nie przeszkadza żaden, ale wiem, jakie Wy macie odczucia :D Ale i tak jestem dumna z Clawa i Retha. Są tacy... uroczy :D A Retha uwielbiam, jest bardzo sexy *maca go w wyobraźni* Claw trochę marudny wyszedł, ale też go kocham *śpiewa pod nosem: Love is in the air... everywhere I look around
Do następnego :* 
Tymczasem w wyobraźni Limeciakowej...

4 komentarze:

  1. No i wszystko jasne! No, prawie :D ale powiem tak, historia Clawa jest świetna :) I to co mi sie nasuwa po przeczytaniu tych 3ch części to to, że Claw jako partner jest bardziej wyrozumiały niż niejedna żona. W sensie że wiesz, jego miłość do Retha jest tak wielka, że... o matko jedyna! xD nie umiem tego ładnie w słowa ująć. generalnie chodzi mi o to, że chyba najważniejszą rzeczą dla Clawa jest szczęście Retha.
    I powiem wiecej - mam nadzieje ze juz sie nie opuszczą :D haha
    btw ciekawa jestem jaka by była historia Zero, jesli byś ją napisała :D To by było ciekawe
    I w ogóle skąd ten obrazek? :D haha w sensie z jakiej mangi albo cos? ;p
    + czekam na dalsze dzieje w eksperimencie :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Historia Zero? ... Historia Zero... Hm, muszę się nad tym zastanowić. Ale Zero nigdy nie był człowiekiem, a chwilowo nie chcę się zagłębiać w fantastykę :D Pożyjemy, zobaczymy.
      Ano, Clawa napędza teraz miłość do Retha. Straszne rzeczy by się działy, gdyby jego ukochany miał gdzieś po drodze zginąć. Ale obie wiemy, że do tego nie dopuszczę :D Po prostu zakochałam się w tej parze, chociaż jak wprowadzałam Clawa do rozdziału Łowców, w ogóle czegoś takiego nie planowałam...
      Obrazek wykroiłam z mangi o mocnym zabarwieniu homoseksualnym, więc raczej nie będę ci polecać... aczkolwiek historia była hilarious! XD Ach, ale yaoi pewnie cię w ogóle nie kręci :) Znaczy, nie takie... very graphic. You could see everything!

      Usuń
  2. Anonimowy05 maja, 2014

    Witam,
    wspaniale przedstawiłaś ich całą historię, ponownie są razem...
    Dużo weny życzę Tobie...
    Pozdrawiam serdecznie Żaneta

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za przeczytanie całości.. Zawsze robi mi się cieplej na sercu, kiedy widzę komentarze od Ciebie :*

      Usuń