środa, 24 września 2014

[3] Noel Nilvelin



Świtało, kiedy wróciłem do domu, w którym urządzono mi prywatną burzę. Gaiya oczywiście nie omieszkała wspomnieć ojcu o tym, jak wyskoczyłem niczym szaleniec prosto w strugi lejącego nieprzerwanie deszczu, choć zaklinała mnie, bym tego nie robił (czy naprawdę?). Czułem jednak, że ojciec kupił moje wyjaśnienie o tym, że chciałem pomóc sąsiadom. Wcale nie skłamałem – zaraz po tym, jak udało mi się uspokoić rozszalały żywioł, wróciłem do osady i pomagałem, jak mogłem.
Gaiya była niepocieszona, więc przyrzekłem, że jeszcze tego samego dnia pójdziemy do Airan dowiedzieć się, w jaki sposób można wkręcić się na planowaną królewską imprezę. To oświadczenie oczywiście poprawiło jej humor, więc tanecznym krokiem wróciła do swojego pokoju, by się przygotować.
Sam nie wiedziałem, dlaczego zależało mi na jej ugłaskaniu. Raczej nie mogłem złożyć tego pragnienia na karb zmęczenia, którego nie odczuwałem. Z drugiej strony wzdrygałem się na myśl o możliwej kłótni.
Może po prostu nie byłem w nastroju.
Gaiya przygotowywała się przez kilka godzin. W tym czasie wraz z ojcem sprawdziliśmy stan naszego domu i szopy, w której chowaliśmy drewno i skóry upolowanych zwierząt. Byłoby bardzo podejrzane, gdyby się okazało, że żadna z konstrukcji nie poniosła żadnego uszczerbku, więc pozwoliłem, by tu i ówdzie poodpadały jakieś małe kawałki drewna. Niepostrzeżenie wyrwałem też zawiasy z drzwi spiżarni, żeby ojciec miał nad czym biadolić.
Dokonawszy oceny zniszczeń, obaj zabraliśmy się do pracy, z ustami pełnymi gwoździ i młotkami w dłoniach. Nie było mi jednak dane zrelaksować się przy tym zajęciu, gdyż niedługo potem z domu wyszła Gaiya, ubrana w jakieś kolorowe łaszki, które z całą pewnością były jej najlepszym ubraniem. Na jej nadgarstkach świeciły się kolorowe bransoletki z drewna, które wykonał dla niej ojciec na ostatnie urodziny. Sama je jednak pomalowała.
Wyglądała... ciekawie.
- Fay, jestem gotowa! Ach, a ty jesteś cały brudny, przecież nie możesz tak iść!
Miała rację. Lepiły się do mnie drzazgi, liście, igły choinek, żywica i smar, którym Havel pokrywał nowo przyklepane deski. Pachniałem pewnie też nieciekawie.
- Idź, synu, poradzę sobie – oświadczył ojciec dość niewyraźnie, gdyż w ustach trzymał dwa gwoździe. Pracował spokojnie, niczym w transie. – Tylko wróćcie na kolację.
Westchnąłem. Chyba nie miałem wyboru.
W małej łaźni Gaiya zostawiła jeszcze ciepłą wodę w wannie, więc szybko się obmyłem i założyłem czyste ubranie. Czyste, ale nie najlepsze, choć uznałem, że i tak wyglądam aż nazbyt schludnie. Kołnierzyk koszuli zaczął mnie strasznie uwierać.
Powiedziałem sobie jednak, że dam radę.
Gaiya trajkotała wesoło przez całą drogę, zręcznie omijając wielkie kałuże na drodze. Ja wystawiłem materiał moich butów na ciężką próbę, przechodząc nimi po największych błotach, choć mógłbym w kilka chwil sprawić, by ścieżka przed nami stała się schludna i sucha. Oczywiście, nie mogłem tego zrobić w obecności mojej nieświadomej niczego siostry... Zresztą, pewnie i tak bym tego nie zrobił nawet, gdybym był sam, ponieważ podobna manifestacja siły wzbudziłaby podejrzenia u wielu ludzi.
W Airan było dziś strasznie tłoczno - nie tylko na rynku, gdzie kupcy rozłożyli się ze swoimi towarami, ale też na ulicach. Przywitałem się z kilkoma znajomymi, którzy z uznaniem w oczach spoglądali na Gaiyę. Najwyraźniej wyglądała w ich oczach niczym księżniczka z jakiegoś egzotycznego kraju w tych kolorowych łaszkach, które miała na sobie. Żeby zatrzymać przy sobie dłużej ten klejnot, próbowali wciągnąć mnie w rozmowę, pytając, kiedy znowu pojawię się z towarem.
Odpowiadałem krótko i zwięźle, ponieważ już z daleka widziałem, jak długa kolejka ustawiła się przez rezydencją Magina. Strażnicy kręcili się dookoła niespokojnie, na każdego spoglądając podejrzliwie, a już szczególnie na grupki rozchichotanych dziewcząt, które eksponowały w ten upalny dzień swe zadziwiająco bujne piersi.
Gaiya czym prędzej pociągnęła mnie w tę właśnie stronę, podekscytowana. A kiedy już stanęliśmy w tym absurdalnie długim wężyku, szybko znalazła wspólny język z młodymi dziewczynami stojącymi przed nami. Mogłem się tylko przysłuchiwać ich wesołemu szczebiotaniu, gdyż w pobliżu nie zauważyłem nikogo znajomego. Co więcej, nie widziałem też wielu facetów.
Poczułem lekki dyskomfort na myśl, że należę do nielicznych rodzynków rodzaju męskiego, którzy chcieli wkręcić się na przyjęcie.
Na szczęście kolejka przesuwała się do przodu w przyzwoitym tempie. Czas zleciał mi na słuchaniu przerażających opowieści o tym, co to się nie działo w domach ludzi wczorajszej nocy. Ludzie modlili się, płakali i rwali sobie włosy z głów, a niektórzy nawet tarzali po ziemi w ataku paniki. Z jakiegoś powodu jednak dziewczynie, która opowiadała te historie, podejrzanie świeciły się oczy.
Każdy miał swoją historię do opowiedzenia. Znalazł się nawet i taki odważny, który stwierdził, że wyszedł przed dom i zaczął nawoływać żywioł do odwrotu, a kiedy tak stał i się wydzierał, burza niespodziewanie zaczęła cichnąć i rzeczywiście odchodzić.
Naprawdę byłem ciekaw, jaką minę zrobiłem, gdyż Gaiya trąciła mnie łokciem i powiedziała, żebym się nie wyśmiewał z ludzi, bo – kto wie? – może krzykacz miał swój udział w ujarzmieniu burzy?  W końcu nikt z nas nie wiedział, jak działała magia.
Jej słowa oczywiście wywołały skutek odwrotny do zamierzonego, ale nie zamierzałem jej wyjaśniać, dlaczego szczerzę się jak głupiec.
Kiedy nadeszła nasza kolej – stolik, przy którym zapisywano imiona wszystkich, którzy mieli otrzymać pozwolenie na zaprezentowanie swych umiejętności przed parą królewską, postawiono przy wejściu do ogrodów – Gaiya została przyjęta ze skutkiem natychmiastowym jako tancerka, co wyraźnie podkreśliła.
Zauważyłem, że jej eteryczna uroda działała dzisiaj silniej niczym magia. Nie tylko na mężczyzn, którzy chłonęli ją wzrokiem, ale i na młode dziewczyny, które odnosiły się do mojej siostry życzliwiej, niż zwykle. Zazwyczaj twierdziły, że Gaiya zadziera nosa i nie da się z nią ,,normalnie porozmawiać”, cokolwiek by to miało znaczyć.
Problem był ze mną. Oświadczając, że jestem synem myśliwego i, jeśli chodzi o sztuczki, to potrafię jedynie dobrze rzucać nożem, skryba pracujący przy stole potrząsnął głową. Mieli już komplet podobnych artystów. Cóż, właściwie mi ulżyło, ponieważ czułem się dziwnie nieswojo w pobliżu miejsca, gdzie ponad dwadzieścia lat temu się urodziłem.
Miejsca, w którym mieszkał mój ojciec, Magin.
Gaiya jednak wzięła sprawy w swoje ręce. Ze smutkiem oświadczyła, że ojciec nie pozwoli jej wystąpić, jeśli nie będę mógł jej towarzyszyć. Bo, rozumieją panowie, jest młodą, niewinną panienką, która nie zna świata i niedobrze by się stało, gdyby rozdzielono ją z bratem, jej opiekunem od lat dzieciństwa.
Zacisnąłem zęby, by nie parsknąć śmiechem. Skryba natomiast podrapał się palcem w nos, brudząc go atramentem, po czym stwierdził, że może załatwić dla mnie posadę kelnera. Nie była to może wymarzona rola na przyjęciu dla młodego mężczyzny, ale, jak wyjaśnił, będę mógł swobodnie poruszać się pomiędzy gośćmi i mieć na oku siostrę, no i przy odrobinie szczęścia nawet zobaczę miłościwie panującego Magina.
Cóż, pozostało mi podziękować i trzy dni później pojawić się w pałacowej kuchni.

Musiałem wcisnąć się w jakiś strasznie krępujący strój, składający się z kilku niepotrzebnych warstw. Czułem, że całość jest dobrze skrojona i dobrze na mnie leży, ale nie czułem się zbyt swobodnie w tak doskonale odmierzonym stroju. Z wyrazem udręki na twarzy zabrałem ze stołu lśniącą tacę ze smukłymi kieliszkami szampana, po czym w asyście trzech innych kelnerów, również wciśniętych w dopasowane fraczki, ruszyłem do rzęsiście oświetlonej sali.
Drzwi otwarto na oścież, przez co do środka dostawała się chociaż mała porcja świeżego powietrza – w innym przypadku odór zmieszanych ze sobą wielu gatunków perfum pewnie przyprawiłby gości nie tylko o zawrót głowy, ale i mdłości. Gwar toczonych rozmów był tak głośny, że zagłuszał nawet moje własne myśli. Kapela ściśnięta na trochę zbyt małym podium wygrywała jakąś żywiołową piosenkę, do rytmu której kręciły się w kółku dziewczyny w kolorowych sukienkach, śpiewając na cały głos jakąś piosenkę o ,,ukochanym z leśnego gaju”.
Nie miałem pojęcia o istnieniu podobnej piosenki.
Wiedziałem, że Gaiya kręci się wraz z dziewczynami w tym kółeczku. Nie widziałem jej dokładnie, gdyż rozdzielał nas tłum ludzi, ale wystarczyło, bym zobaczył rąbek jej zadziwiającej sukienki w kolorze ciemnoniebieskim, odsłaniającej pół pleców. Oczywiście moja siostrzyczka postawiła na swoim, choć, zanim wyszła z domu, nazwałem ją bezwstydnicą i nawet ojciec wyraził pewne wątpliwości co do stopnia przyzwoitości tej sukienki.
Gaiya jednak stwierdziła, że sukienka doskonale nadaje się na uroczyste okazje, czym ucięła dyskusję. Ojciec mógł tylko westchnąć z rezygnacją, a ja podążyć za nią w milczeniu.
Teraz trochę jej zazdrościłem tego swobodnego stroju.
Stanąłem w miejscu, skąd było mnie dobrze widać. Taca trochę mi ciążyła, ale posłużyłem się odrobiną magii, by utrzymać ją w linii poziomej. Jakiś pucołowaty młodzian stojący nieopodal, z dość miernie zamaskowanymi pryszczami na twarzy, przechwalał się przed trzema panienkami w bogato zdobionych sukienkach, że gdyby książę nie zaginął w dniu swoich urodzin, z całą pewnością wyznaczyłby go na swego czarownika. On czuł, naprawdę czuł magię. Na przykład wczoraj już od rana wiedział, że w nocy przyjdzie burza. Jeśli panienki nie wierzą, mogą zapytać jego rodziców – oni potwierdzą, jak doradził im, by zamknęli wszystkie okna i drzwi, by deszcz nie przedostał się do pałacu. Wysłał nawet wiadomość do Magina, ale goniec nie zdążył dostarczyć jej przed burzą.
Spojrzałem na niego z politowaniem. I wcale nie chodziło mi o jego wygląd, choć obecne na jego policzkach pryszcze rzeczywiście wzbudzały litość.
W tym samym momencie kątem oka dostrzegłem stojącą na uboczu postać młodego mężczyzny, opierającego się nonszalancko o ścianę. Wydawał się całkowicie zadowolony z faktu, że towarzystwo trzymało się od niego z daleka. Ubrany był w jeszcze ciaśniejsze wdzianko niż to, które miałem na sobie, składające się chyba z tysiąca elementów. Tonacja kolorów była oczywiście doskonale dobrana: złoto, czerń, czerwień i purpura.
Musiał być kimś ważnym.
Ruszyłem w jego stronę, posłuszny nakazowi intuicji. Oczywiście nie zapomniałem po drodze rozdać gościom szampana, który nadal bąbelkował w kieliszkach. Tylko raz na dłużej przytrzymała mnie grupka eleganckich panienek, które spojrzały na mnie z nieukrywanym zainteresowaniem. Oczywiście poczęstowały się szampanem, ale zanim pozwoliły mi odejść, jedna z nich – wysoka, smukła, czarnowłosa dziewczyna o ciemnozielonych oczach i brzoskwiniowej cerze bez ani jednej widocznej skazy – zadała mi zaskakujące pytanie:
- Masz niezwykłe oczy, panie kelnerze. Czy to cecha dziedziczna w twojej rodzinie?
Hm, ciężko było mi odpowiedzieć. W końcu parę królewską widziałem ze dwa razy. Z daleka. Nie mnie było oceniać, czy mam oczy po rodzicach.
Zresztą, sam nie do końca wiedziałem, co miała na myśli. Nikt wcześniej nie zwrócił uwagi na moje oczy.
- Nic mi o tym nie wiadomo – odparłem więc zgodnie z prawdą.
- Halo, rudzielcu, czy możemy poprosić kieliszek tego fantastycznego napoju, który rozdajesz? – usłyszałem za plecami.
Ru... Rudzielcu?! O przepraszam bardzo, moje włosy miały kolor kasztanowy! Teraz, kiedy trwało lato, słońce rozjaśniło je lekko, nadając im barwę ciemnego miodu. W żadnym wypadku nie były rude. Jak marchewka.
Przełknąłem jednak cisnące się na moje usta obelgi. W tym momencie odgrywałem mało znaczącą rolę kelnera rozdającego napoje wyskokowe na przyjęciu. Nie wypadało skakać do gardeł członkom szanowanych rodów z okolicznych ziem.
Uch, okazało się, że autorem tego niewybrednego przytyku był pucołowaty młodzieniec pokryty pryszczami. Panienki, których przychylność próbował zdobyć, snując opowieści wyssane z palca, wachlowały się niespiesznie, błądząc wzrokiem po sali – pewnie w poszukiwaniu lepszego towarzystwa.
Wcale im się nie dziwiłem.
Podszedłem do nich z tacą, na której zostało już tylko pięć wypełnionych szampanem kieliszków. Jeszcze trochę, a będę musiał wrócić do kuchni po nową kolejkę drinków, a jeszcze nie udało mi się podejść do tajemniczego samotnika, który rozbudził moją ciekawość.
Udało mi się wtopić w tłum, zanim pucołowaty księciunio zaczął swoją opowieść od początku. Czarnowłosa piękność, która wcześniej zainteresowała się moimi oczami, śledziła mnie wzrokiem przez cały czas, doskonale czułem na sobie jej spojrzenie.
W końcu stanąłem oko w oko z tajemniczym, acz intrygującym młodzieńcem, który od razu pochwycił moje spojrzenie. Ze zdumieniem zauważyłem, że jego oczy mają niespotykany, ciemnofioletowy kolor, z kilkoma plamkami ciemnego granatu.
- Szampana? – zaproponowałem, unosząc tacę.
Przez chwilę po prostu mi się przyglądał. Jego gęste, czarne włosy zdawały się lśnić w świetle lamp, choć ukrywał się w najmniej oświetlonym miejscu sali. Jego skrzyżowane na piersi ramiona nie drgnęły nawet o milimetr.
- Nie podzielam twojego zainteresowania – powiedział w końcu, nie spuszczając ze mnie wzroku.
O co mu chodziło?
- Proponuję jedynie szampana... proszę pana – oświadczyłem, próbując wybadać, o co mu może chodzić.
Czy mi się zdawało, czy spojrzał na moje usta?
- Nie interesują mnie żadne pokręcone... rozrywki – powiedział znowu bez większego sensu. – Idź poszukać kogoś innego do towarzystwa.
Był intrygujący, to wiedziałem na pewno. Nie miałem pojęcia, o co może mu chodzić, ale z każdą chwilą spędzoną w jego towarzystwie nabierałem większego przekonania, że nie mam do czynienia ze zwykłym człowiekiem czy szlachcicem.
Miałem przed sobą najprawdziwszego kandydata na mojego własnego czarownika, który narodził się z mojego powodu. Jeśli byłoby mi dane wychowywać się w pałacu, z całą pewnością zaprzyjaźnilibyśmy się już dawno temu.
Był potężnym, niebezpiecznym wojownikiem. Magia była obecna w każdej komórce jego ciała, nadal nieodpieczętowana. Stał więc przede mną niczym nieodpakowane pudełko czekoladek, którego otwarcie zależało jedynie od mojej zachcianki. Oczywiście nie mógł być tego świadomy – dopóki magia tkwiła w jego ciele, a nie w duszy, nie mógł zrozumieć, kim naprawdę jestem.
- Nie rozumiem, co mi zarzucasz. Czego niby szukam? Pełnię jedynie rolę kelnera. Rozdaję drinki.
Nieznajomy skrzywił się.
- Nie oszukuj mnie. Wiem, co widziałem w twoich oczach przed chwilą.
- Że co proszę?
Sięgnął po ostatni wypełniony szampanem kieliszek.
- Jesteś mną zainteresowany, czy nie tak?
Nie rozumiałem, co było w tym złego? Zaintrygował mnie, więc do niego podszedłem. W czym problem? Czy nie tak właśnie zawiera się znajomości?
- Wydawałeś się, przynajmniej z daleka, porządnym gościem. A rzadko się mylę w ocenie ludzi – wypaliłem. – A może chodzi ci o to, że nie chcesz się spoufalać z plebsem?
Nie spuszczał ze mnie wzroku, co stawało się odrobinę kłopotliwe.
- Nie wywracaj kota ogonem – powiedział cicho. – To twoje spojrzenie...
Znowu? Co jest dzisiaj nie tak z moimi oczami?
- Chodzi o to, że nie podzielam twoich zainteresowań... Nie, żebym cię potępiał, po prostu nie zabawiam się z facetami.
Ach, więc o to mu chodziło. Czy rzeczywiście w moich oczach pojawił się wyraz, który kazał mu sądzić, że jestem nim zainteresowany w taki sposób?
- To nie ma problemu. Widzisz, ja w ogóle nie mam tego typu zainteresowań – wyznałem. – Nie kręcą mnie ani kobiety, ani mężczyźni. Nie, żebym miał coś przeciwko jednemu albo drugiemu.
- Więc jesteś jednym z nich? – zapytał nagle chłopak.
- Co masz na myśli?
- Kręcą cię rozrywki... innego rodzaju?
Nie miałem najmniejszego pojęcia, o co mnie pyta.
- Słuchaj – zacząłem, przenosząc tacę z kieliszkami na biodro. Szkło zadźwięczało, kiedy kilka z nich obiło się delikatnie o siebie. – Naprawdę nie wiem, co insynuujesz. Nie mam żadnych dziwnych zainteresowań. Pochodzę z Obrzeży, na co dzień zajmuję się przede wszystkim polowaniem i sprzedażą skór, które przygotowuje mój ojciec. Nie mam czasu i ochoty na jakieś bezsensowne romanse, a nawet gdybym miał, to nie polowałabym na... – zamilkłem, szukając odpowiednich słów. Najodpowiedniejszym byłoby nazwanie go czarownikiem, ale z oczywistych powodów nie mogłem tego zrobić. – Cóż, z pewnością nie ośmieliłbym się uderzyć do ciebie. Zadowolony?
- Hm.
Upił łyk szampana, po czym wyciągnął dłoń.
- Noel Nilvelin.
Ziemie Nilvelinu zamykały królestwo Arunim od północy, były więc oddalone przynajmniej o trzy dni jazdy od stolicy.
Podałem mu wolną dłoń.
- Masz za sobą długą podróż, prawda? Przyjechaliście tu całą rodziną?
Noel odpowiedział po krótkiej chwili:
- Z siostrą. Rodzice zostali w...
Właśnie w tym momencie wszystko na sali ucichło – muzyka, gwar i śpiew.
Głównym wejściem wchodził Magin z małżonką w otoczeniu wianuszka strażników i dwóch czarowników w długich, staroświeckich szatach. Zauważyłem, że jeden z nich nawet zapuścił brodę, by wyglądać bardziej wiarygodnie, niczym mag ze starych opowieści.
Tłum zafalował, kiedy wszyscy z szacunkiem klękali przed Maginem, władcą absolutnym świata doczesnego.
Jak na ironię, znowu stałem zbyt daleko, by przyjrzeć się własnym rodzicom i stwierdzić, czy rzeczywiście moje oczy mogły wskazywać na jakiekolwiek powiązania z rodziną królewską.
Nie zdążyłem zgiąć kolana w pokłonie, kiedy wszystkie lampy pękły z ogłuszającym trzaskiem i zapanowała gęsta, nieprzenikniona ciemność. Rozległ się jakiś świst, którego źródła nie byłem w stanie natychmiast zidentyfikować.
W następnej chwili poczułem zaciskające się na moim ramieniu palce. Potężna fala magii przeskoczyła do mojego ciała jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. To musiał być Noel.
- Nie ruszaj się – powiedział, a ja go usłyszałem, pomimo hałasu. – Magin...
Nie dokończył, gdyż w tym momencie rozległ się trzask zamykanych drzwi, a przez odgłos stłumionych krzyków i gniewnych pomrukiwań przebił się śmiech. Wysoki, nieprzyjemny, pełen jadu.
- Proszę, proszę... Co my tu mamy?
Zanim powróciło światło, wiedziałem już, że nie jest dobrze.

1 komentarz:

  1. Witam,
    no, no Fay chyba teraz będzie musiał się ujawnić, ale już obok siebie ma swojego czarodzieja, czyżby do pałacu wszedł ten kto wywołał wcześniej burzę....
    Dużo weny życzę Tobie...
    Pozdrawiam serdecznie Żaneta

    OdpowiedzUsuń