czwartek, 25 września 2014

[5] Rodzina



W Airan znowu świętowano – tym razem z mojego powodu. Ludzie urządzali na ulicach parady. Noszono kolorowe stroje, a czerń dozwolona była jedynie podczas wielokrotnie wystawianych przedstawień na rynku, upamiętniających mój sukces w zwyciężeniu ,,sił ciemności”, jak wmówili sobie ludzie. Cóż, nie zamierzałem wychodzić na środek i wyjaśniać, że napastnicy nie mieli żadnych większych powiązań z prawdziwymi siłami ciemności.
W końcu, jakie to miało dla nich znaczenie? I kto by mi uwierzył? Dla ludzi, którzy nie mieli żadnych powiązań z magią, na świecie istniało jedynie ,,dobro" i ,,zło". Gdybym próbował im wyjaśnić, że to ,,zło" też jest częścią ich codziennego życia, chyba by mnie wyśmiali, choć przecież byłem Maginem i rozumiałem zasady rządzące naszym światem lepiej, niż ktokolwiek inny.
Lepiej było to zostawić. 
Zanim jednak w mieście zapanowało szaleństwo i euforia, musiałem załatwić pewne sprawy... rodzinne. 
Para królewska nie mogła się mną nacieszyć, zwłaszcza matka. Oczywiście podzielałem ich radość z powodu naszego zjednoczenia, ale przecież nie byli moją jedyną rodziną. Martwiłem się o Gaiyę i Havela, gdyż nie miałem szansy sprawdzić, co się stało z moją siostrą podczas zamieszania, do którego doszło na przyjęciu. Oczywiście zapewniano mnie, że dzięki mojej interwencji nikomu z gości nic się nie stało, ale nie czułem się do końca uspokojony tymi słowami.
Naprawdę chciałem zobaczyć ich na własne oczy. Wyjaśnić, dlaczego nigdy nie powiedziałem im prawdy o sobie. Dlaczego było to konieczne. I przekonać, że od tego momentu, kiedy mianowano mnie pełnoprawnym następcą tronu, Maginem z krwi i kości, nie będę traktował ich inaczej. Wciąż byłem tą samą osobą, która kilkanaście godzin temu opuściła chatkę Havela. W końcu to nie tak, że nagle mój charakter zmienił się o sto osiemdziesiąt stopni.
Chociaż, musiałem przyznać, zrobił się ze mnie dość sentymentalny facet, zwłaszcza w chwilach, kiedy palce dłoni mojej srebrnowłosej matki dotykały mnie lekko, jakby chcąc się przekonać, że istnieję naprawdę, i gdy szeptała z uczuciem:
- Mój kochany chłopiec.
Wcześniej odbyliśmy ze sobą długą rozmowę. Musiałem opowiedzieć o całym swoim dotychczasowym życiu – gdzie się wychowałem, jak i z kim mieszkałem, jak radziłem sobie z magią, dlaczego wcześniej nie zdecydowałem się ujawnić, skoro wiedziałem, kim jestem... Moi rodzice mieli mnóstwo pytań, a ja na wszystkie próbowałem odpowiedzieć.
O dziwo, nie czułem się... obco w obecności moich rodziców. Co prawda mój ojciec roztaczał wokół siebie iście królewską aurę władzy, ale widać było, iż cieszył się niewymownie z faktu, że się odnalazłem. Z matką, do której byłem najbardziej podobny, niemal natychmiast odnalazłem wspólny język. Nadal ciężko było nazywać ich ojcem i matką, ale postanowiłem pokonać tę przeszkodę. W końcu rzeczywiście byli moimi rodzicami. Powołali mnie na ten świat. Byłem ich jedynym, wyczekiwanym od dawna dzieckiem. Sprawiłbym im niesamowitą przykrość stwierdzeniem, że ciężko było mi myśleć o nich w kategoriach ,,rodziny”.
Trochę pomagało, gdy wyobrażałem sobie, z jakim uczuciem matka nosiła mnie kiedyś przez dziewięć miesięcy pod sercem i z jakim bólem wydała mnie na świat.
Natychmiast przygotowano dla mnie pokój wielkości chatki Havela, a może nawet większy. Łóżko było bardziej obszerne niż cała sypialnia w moim domu, którą dzieliłem od lat dziecięcych z Havelem. Rzeźbione meble, szafki, stolik i krzesła musiały kosztować fortunę, nie wspominając o kunsztownych dekoracjach wykonanych na ramach łóżka.
Nie mogłem jednak uznać tego pokoju za swój dopóty, dopóki nie dano mi szansy na rozmowę z Havelem i Gaiyą. Nie mogłem ich tak po prostu porzucić.
Wiedziałem, że rodzice muszą zgodzić się na wypuszczenie mnie z pałacu. Nie mogli mnie w nim więzić niczym egzotycznego ptaka w klatce. Oczywiście rozumiałem ich obawy, ale i oni musieli zrozumieć, że nie pojawiłem się z powietrza. Miałem swoją rodzinę, ojca i siostrę, których po prostu nie mogłem porzucić i traktować, jakby nigdy nie istnieli.
Pomaszerowałem więc z powrotem do biblioteki, gdzie wcześniej przeprowadziliśmy ze sobą długą rozmowę. Ojciec i matka nadal siedzieli w środku, rozmawiając ze sobą przy stoliku w głębi pomieszczenia, z dala od uszu pilnujących ich strażników. Oboje wyglądali na silnie poruszonych. Zauważyłem też, że przysiedli się do nich dwaj czarownicy mojego ojca.
To jednak nie miało żadnego znaczenia.
- Ojcze, matko, czy mogę was o coś prosić?
Hm. Słowa ,,ojciec” i ,,matka” strasznie zgrzytały w moich ustach, sam dobrze słyszałem. Zupełnie, jakbym miał piasek w zębach.
- Oczywiście, kochanie – odparła natychmiast moja matka, skupiając na mnie całą swoją uwagę. Na jej naznaczoną delikatnymi zmarszczkami twarz wypłynął promienny uśmiech.
Miałem ochotę przyłożyć głowę do jej piersi i pozwolić, by jej łagodne pieszczoty ukołysały mnie do snu. Ale to nie był czas ani miejsce na podobne zachowanie. W dodatku czułem, że jestem już zbyt dużym chłopcem na takie traktowanie – ale hej, nigdy nie miałem szansy zasnąć w ramionach matki! Naprawdę chciałem wiedzieć, jakie to uczucie.
- Nie mogę dziś z wami zostać. Muszę wrócić do domu... Do miejsca, gdzie dotychczas mieszkałem. Nie mogę tak po prostu zignorować mojego przybranego ojca i siostry. Niepokoję się o nich.
Matka posmutniała, a ojciec wstał. Czarownicy świdrowali mnie wzrokiem. O co im chodziło? Czyżby podejrzewali, że jestem jakąś podróbką prawdziwego księcia? Hm, chyba nie sądzili, że mój ojciec mógł się pomylić, kiedy stwierdzał, że rzeczywiście jestem jego synem.
Wątpili w słowa Magina? Mieli tupet.
- Nie zostaniesz z nami nawet, jeśli cię poprosimy? – zapytał mój ojciec.
- Naprawdę nie mogę – odparłem. – Wiem, że się cieszycie... i obawiacie, że mogę do was nie wrócić, ale byłbym bardzo niewdzięcznym synem, gdybym dziś z wami został.
- A jeśli zaprosilibyśmy twoją rodzinę tutaj? – zapytała z nadzieją moja matka.
Pokręciłem głową. Havel nigdy, przenigdy by się na to nie zgodził. Traktował mnie jak swojego syna od chwili, w której znalazł mnie na brzegu rzeki. Własnymi rękami zmieniał mi pieluchy, karmił i kołysał do snu.
Teraz miałby łaskawie przyjmować zaproszenie do pałacu, by się ze mną spotkać? Chyba zgodziłby się tylko po to, by przyjechać, przełożyć mnie przez kolano i kilkoma pociągnięciami pasa wybić mi z głowy podobne głupoty świadczące o niezmierzonych pokładach pychy.
Nie tak mnie wychował.
- Nie okażę Havelowi takiego braku szacunku – oświadczyłem. – Sam do niego pójdę. A jeśli mój ojciec będzie chciał do mnie przyjechać, to nie będzie potrzebował żadnych zaproszeń. Przepraszam, ale tak właśnie to wygląda.
Para królewska wymieniła między sobą spojrzenia. W tym samym momencie musieli podjąć jednomyślną decyzję, co mnie nieco zaskoczyło. Telepatia?
- Dobrze, ale nie pójdziesz sam.
Chcieli pójść ze mną? To raczej nie był dobry pomysł. Już sobie wyobrażałem, jak wielką sensację wzbudziliby, gdyby pojawili się w domu mojego przybranego ojca. Ludzie z sąsiedztwa pewnie przez długie lata przychodziliby do niego w odwiedziny, by ze szczegółami im opowiadał, co się właściwie działo podczas tej wizyty.
Taka popularność przyprawiłaby go zapewne o potężny ból głowy.
- Weźmiesz ze sobą moich osobistych strażników – oświadczył Rennan Arunim, czyli mój ojciec.  Wskazał na nadal przyglądających mi się czarowników.
Ach, czyżby to był jakiś test?
Na szczęście szybko znalazłem wyjście z sytuacji. Naprawdę nie chciałem, by towarzyszył mi ktoś tak blisko związany z rodziną królewską. Dwaj czarownicy oczywiście wzbudziliby mniejszą sensację niż para królewska, ale nadal byliby zbyt wielkim wydarzeniem dla ludzi zamieszkujących Obrzeże. Persony takiego pokroju nigdy, przenigdy nie przemierzały zabłoconych ścieżek prowadzących przez gęsty las do skromnych siedzib rzemieślików.
Kolejny skandal był gwarantowany.
Przypomniałem sobie, że zanim odciągnięto mnie z dala od ludzkich spojrzeń, poprosiłem Noela, by na mnie zaczekał. Chciałem z nim porozmawiać na temat ewentualnego objęcia przez niego funkcji mojego pierwszego, własnego czarownika. Czułem, że będę szybko potrzebował rąk do pomocy – w końcu pojawili się pierwsi przeciwnicy i wiedziałem, że ten atak był jedynie preludium do ataków na większą skalę.
Miałem wrażenie, że kobieta w płaszczu utkanym z Cienia miała tylko wybadać sytuację i, przy odrobinie szczęścia, wyeliminować Magina. Z jakiegoś powodu zamierzała też porwać kilka dziewczyn z wysoko postawionych rodzin.
Może chciała przeciągnąć je na swoją stronę. A może chciała po prostu wywołać tym atakiem panikę i poczucie beznadziei. Powody mogły być naprawdę różne.
Wróciłem myślami do Noela. Miałem nadzieję, że nadal na mnie czekał, zgodnie z moją prośbą.
- Czy w pałacu nadal jest obecny Noel Nilvelin? Jeśli tak, wolałbym zabrać go ze sobą zamiast twoich czarowników, ojcze. Wzbudziliby zbyt dużą sensację swoim pojawieniem się na Obrzeżach. Moja przybrana rodzina zapewne nie miałaby potem spokoju przez kilka tygodni... Noel jest obcy, z całą pewnością nikt nie rozpozna w nim dziedzica ziem Nilvelinu.
- Syn Laddana? – zastanowiła się moja matka, ściągając brwi. – Słyszałam, że rzeczywiście wyrósł na wspaniałego szermierza... Czyż nie pojawił się na przyjęciu wraz z siostrą?
Przytaknąłem.
- Zdążyłem chwilę z nim porozmawiać, zanim... nastąpił atak.
- Cóż, jeśli sądzisz, że jest odpowiedzialnym, młodym człowiekiem... – Ojciec nie był przekonany. Skinął na jednego ze strażników stojących przy drzwiach biblioteki. Młodzieniec zasalutował i zbliżył się defiladowym krokiem. Ojciec wydał mu rozkaz odszukania młodego nilvelińczyka, więc równie szybko się oddalił.
Kilka chwil później do biblioteki wprowadzono Noela. Ach, więc rzeczywiście na mnie czekał – tak, jak go prosiłem. Za nim szła – właściwie płynęła – jego siostra. Zauważyłem, że zdążyła poprawić ułożenie sukienki i fryzurę. Wyglądała nie nieco speszoną, choć przecież pozycja społeczna, jaką zajmowała, pozwalała jej nosić głowę wysoko w obecności pary królewskiej.
Chciałem przywitać się z Noelem, ale chłopak mnie ubiegł. Kiedy zbliżył się na odległość pięciu kroków, przyłożył złożoną w pięść dłoń do serca, po czym pochylił się lekko, składając mi ukłon.
Ukłon! Do stu żywiołów!
W jednej chwili byłem jedynie chłopakiem z Obrzeży, a w drugiej kłaniali mi się książęta!
- Przepraszam najmocniej za moją wcześniejszą impertynencję, książę.
Stop, stop, stop!
- Zaraz, ja wcale nie...
- Wybacz mi, książę, moje nierozważne słowa. Naprawdę pozwoliłem sobie na zbyt wiele...
On tak naprawdę?!
Spojrzałem z desperacją na jego siostrę, która w odpowiedzi uniosła lekko brwi. Chyba nie zamierzała interweniować.
- Jestem gotów ponieść konsekwencje mojego karygodnego zachowania. Oddaję moje życie w twoje ręce, książę.
... Do pioruna!
Odchrząknąłem po sekundzie wahania. Cóż, jeśli tak stawiał sprawę... Zatarłem dłonie.
- Doskonale. W takim razie, ehem, życzę sobie, byś mi towarzyszył podczas... yyy... krótkiej wycieczki. Teraz, zaraz.
Znowu mi się ukłonił.
- Jak sobie życzysz. Czy mogę jednak o coś poprosić?
Najwyraźniej czekał na pozwolenie zadania pytania, więc czym prędzej skinąłem na znak zgody. Bycie księciem było strasznie krępujące!
- Czy moja siostra może pozostać w pałacu? Sporo przeszła i przydałby się jej krótki wypoczynek...
Nie miałem pojęcia, czy mogę o czymkolwiek decydować i wydawać jakiekolwiek rozkazy, ale prośba Noela była więcej niż rozsądna, więc szybko wydałem potrzebne dyspozycje. Nikt nie zaprotestował, więc chyba miałem jakąś władzę.
Zanim ruszyliśmy w drogę, matka uścisnęła mnie tak, jakby zdecydowała się jednak nie wypuszczać mnie ze swych ramion. Ojciec ograniczył się do zaciśnięcia palców na moim ramieniu. Czarownicy stojący za jego plecami nadal patrzeli na mnie wilkiem.
Musiało im o coś chodzić, ale o co? Czyżby obawiali się o swoją pozycję? Nie zamierzałem w żadnym wypadku urządzać generalnego czyszczenia i wyrzucać w świat zaufanych ludzi mojego ojca, nieważne, jak beznadziejni by nie byli. To nie do mnie należała decyzja. Jeśli ojciec był z nich zadowolony – co ja miałem do powiedzenia w ich sprawie?
Nie interesowali mnie w najmniejszym stopniu.
W końcu jednak udało mi się wywinąć z matczynego uścisku i wylądować w siodle. Obaj z Noelem otrzymaliśmy bowiem do dyspozycji dwa wspaniałe konie o maści czarnej niczym noc. Aż miałem ochotę pogalopować w stronę zachodzącego słońca... oczywiście, gdyby nie fakt, że słońce dawno temu zaszło, pogrążając świat w niemal całkowitej ciemności.
Lampy nie były nam potrzebne, jako że – w końcu mogłem to zrobić, he, he! – wyczarowałem dwie świecące, magiczne kule. Jedną przylepiłem do swojego ramienia niczym potulne zwierzątko, a drugą do ramienia Noela, który nieco się wzdrygnął, ale zdecydowanie nie okazał jawnego zdenerwowania. Żadna z magicznych kul nie była nawet w przybliżeniu ciepła, więc chłopak szybko się uspokoił.
Chyba postanowił mi zaufać. W przeciwieństwie do czarowników, którzy naprawdę coś do mnie mieli. Zdawało mi się nawet, że zobaczyłem na ich twarzach wyraz ulgi, kiedy w końcu ruszyliśmy.
Postanowiłem nadal ich ignorować. Miałem na razie inne sprawy na głowie.
Spotkanie z Havelem i Gaiyą.   

1 komentarz:

  1. Hej,
    Fay już stał się pełnoprawnym księciem, mam jakieś takie podejrzenia, że ci czarodzieje stali po część i za tym atakiem....
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Żaneta

    OdpowiedzUsuń