wtorek, 7 października 2014

[7] Strażnik burzy

Ze wszystkimi naprawami uporaliśmy się błyskawicznie. Nawet nie musiałem uciekać się do używania magii, jako że Noel więcej niż chętnie wyręczył mnie prawie we wszystkim. Na szczęście udało mi się chwycić do ręki młotek, dzięki czemu przybiłem dwa gwoździe i nie poczułem się jak ostatnia oferma. Na moje nieszczęście dziedzic Nilvelinu traktował mnie zupełnie jak księcia wychowanego w pieluchach z jedwabiu... albo coś w tym stylu. Wchodził mi cały czas w drogę i starał się wyręczać, jak mógł, nawet wbrew mojej woli. Usprawiedliwiał się tym, że jego obowiązkiem jest przypilnowanie, by nic mi się stało. A jakbym się nieuważnie stuknął młotkiem w palec, to chyba popełniłby samobójstwo z powodu poczucia winy.
Cóż, musiałem mu pozwolić... a kiedy nie widział, wbiłem jednak te dwa gwoździe. Dobrze, że Havel nie patrzył, bo z całą pewnością pokładałby się ze śmiechu. A gdybym ja miał szansę spojrzeć na całą tę sytuację z boku, pewnie sam bym się pośmiał. Czułem jednak, że gdybym ośmielił się zdradzić z ogarniającą mnie wesołością w obecności Noela, chłopak mógłby zrobić coś głupiego.
Za bardzo się przejmował. W sumie to były jego pierwsze godziny na służbie... I moje pierwsze godziny jako pełnoprawnego Magina. Oboje czuliśmy się niepewnie w nowych rolach.
Po skończonej pracy wypiliśmy po jednym kubku ziołowej herbaty, którą zaparzył nam ojciec, po czym poprosiłem Noela, by poszedł ze mną w pewne miejsce. W zasadzie nie musiałem go o nic prosić, ponieważ chodził za mną wszędzie, niczym wierny pies, no ale nie chciałem go tak traktować. Wolałem wytworzyć między nami przyjacielską więź, zwłaszcza, że miałem wobec chłopaka pewne plany i naprawdę nie chciałem, by stał się potulnym pieskiem pokojowym.
Chciałem, by zachował w sobie tę iskrę, którą zauważyłem u niego podczas naszego pierwszego spotkania. Był jednak zbyt poruszony wypadkami, które miały miejsce dzisiejszego wieczoru, by zebrać się w sobie na tyle, by sam siebie ustawić do pionu.
Musiałem interweniować.
Dlatego zabrałem go ze sobą na małą pogawędkę w bardziej ustronne miejsce. Uroczą, małą pogawędkę w świetle gwiazd, które mrugały do nas zalotnie. Otaczały nas zwykłe odgłosy lasu - szum wiatru w koronach drzew, pohukiwania sów, muzyka świerszczy bliżej rzeki...
Lato nadal trwało. W przyrodzie nic się nie zmieniło, chociaż moje życie zostało przewrócone do góry nogami. I wiedziałem, że tylko moja śmierć mogła ten proces odwrócić. A umierać młodo wcale nie zamierzałem, ponieważ miałem do spełnienia w tym świecie pewną rolę. I to nie byle jaką.
Przystanąłem nad brzegiem rzeki – tej samej, do której kiedyś mnie wrzucono. W tym też miejscu odnalazł mnie Havel. To tutaj właśnie rozpoczęło się moje nowe życie.
Chciałem, by to właśnie tutaj dla Noela również rozpoczęło się nowe życie.
Uniosłem głowę, wdychając do płuc świeże, nocne powietrze. Muzyka wygrywana przez świerszcze wypełniała moje uszy, wprawiając w dobry nastrój. To były dobre, znajome dźwięki... Dźwięki życia bliskiej mi natury. Każdy szum wiatru, szmer płynącej wody czy szelest liści wypełniał mnie radością. Uwielbiałem wsłuchiwać się w ten harmonijny porządek dźwięków – szczególnie w tak piękną, rozgwieżdżoną noc.
- Książę... Maginie... twoja rodzina niedługo zacznie się martwić twoją nieobecnością – Noel zdecydował się przerwać przyjemną ciszę. – Mam na myśli króla i królową.
Jego głos nie sprowadził mnie jednak na ziemię. Nie do końca. Moje zmysły powoli dostrajały się do otoczenia. Wzrok, słuch, węch...Moja dusza otwierała się na otaczającą mnie magię. Pozwoliłem, by zaczęła przeze mnie płynąć, by mnie oplotła delikatną siecią swych ramion.
Magia tej letniej nocy witała mnie radośnie. Witała jako Magina, jej pana i władcę, któremu jest gotowa się podporządkować.
- Maginie...? Faylein...?
Włożyłem ręce do kieszeni, by powstrzymać mimowolny ruch palców, gotowych tkać zaklęcia w nieskończoność. Chciały wyjść na spotkanie całej tej magii i zanurzyć się w niej, by splatać świetliste sieci, powołując do życia rozchichotane chochliki i smukłe wróżki tańczące w delikatnych podmuchach wiatru.
Odwróciłem się twarzą do Noela.
- Czy mogę zadać ci pytanie?
Chłopak, lekko już przestraszony, w końcu się rozluźnił. Najwyraźniej sądził, że dzieje się ze mną coś złego, a on nie miał zielonego pojęcia, jak zareagować. W końcu z magią nigdy nie miał do czynienia.
Teraz skwapliwie pokiwał głową.
- Jestem na twoje rozkazy, książę.
Skrzywiłem się lekko. Naprawdę potrzebowałem czasu, by przyzwyczaić się do nowego tytułu. Nadano mi go przecież kilka godzin temu, wcześniej byłem jedynie zwykłym chłopakiem z Obrzeży! Oczywiście wiedziałem od początku, kim jestem, ale nikt nie zwracał się do mnie z podobnym szacunkiem, co Noel.
Krępowało mnie to. Czułem jednak, że poprawianie mojego towarzysza w tej chwili było zupełnie bezcelowe. Może, kiedy miną emocje...
- Czy kiedykolwiek myślałeś o tym, by posiadać magiczny dar? – zapytałem, próbując wybadać jego reakcję.
Noel pokręcił stanowczo głową.
- Nie, nigdy. Nie było to konieczne. Przepraszam, że tak to ujmę, ale rozmyślanie o czymś takim byłoby stratą czasu. Wolałem zająć się czymś bardziej pożytecznym... na przykład szermierką.
- Czyny przemawiają silniej niż słowa, czy tak?
- Zdecydowanie silniej niż snucie nierealnych marzeń na jawie.
- Ale musiałeś kiedyś myśleć nad działaniem magii? Nawet zwykli kupcy na targu lubili czasem pogawędzić na ten temat. A wcale ich nie zachęcałem, choć przecież byłem głównym zainteresowanym.
- Hm... Nawet, jakbym chciał, nie miałbym z kim porozmawiać o podobnych rzeczach. Zajmujemy się na północy eksportem zbóż, mięsa i owoców. Mój ojciec zarządza całym podległym mu majątkiem i prowadzi grube księgi... wszystko to bez pomocy magów. Oczywiście, czujemy respekt przed rodziną królewską, ale... większość ludzi nawet nie widziała Magina na oczy.
Potarłem w zamyśleniu koniuszek nosa.
- Rozumiem... Czyli zagadnienie magii jest ci całkiem obce?
- Wiem tyle, co pozostali. Czyli prawie nic.
Doceniłem jego szczerość. Wiedziałem, że nie jest z tych, co będą się podlizywać, ale i tak ucieszyła mnie jego odpowiedź. Inni na jego miejscu zaczęliby kombinować, próbując mi się przypodobać, choć zapewne nie zrozumieliby motywów, jakimi się kierowałem, zadając to pytanie. Mimo to, staraliby się mnie zadowolić.
Noel był inny.
Był tylko i wyłącznie sobą.
Usiadłem na trawie, jednocześnie prosząc chłopaka, by usiadł obok mnie.
- Wiesz... W tym właśnie miejscu znalazł mnie Havel. To tutaj dwadzieścia lat temu wziął mnie na ręce. Zanim jednak to się stało, przeleżałem na brzegu kilka godzin w ciemnościach nocy. Urodziłem się pod sam koniec maja, więc na szczęście noce nie były już takie chłodne. Mimo to, czy potrafisz racjonalnie wytłumaczyć fakt, że przeżyłem? Wrzucono mnie do rzeki, bym się utopił... ale woda nie zrobiła mi krzywdy. Wyrzuciła mnie na bezpieczny brzeg... Ale dookoła był ciemny las. W mroku czaiły się drapieżniki, dla których stanowiłem łatwy posiłek. Mimo to, nie zostałem zaatakowany. Mogło zacząć padać. Mógł wiać zimny wiatr... a jednak pogoda mi sprzyjała. Leżałem spokojny i bezpieczny w miękkiej trawie, a wiatr okrywał mnie świeżo opadłymi liśćmi z kwitnących dookoła drzew.
- Pamiętasz tę noc tak dobrze? – zapytał cicho Noel.
- Tak. Pamiętam ją doskonale, choć okres mojego najwcześniejszego dzieciństwa skrywa się za mgłą. Ale to wydarzenie było ważne i musiałem o nim pamiętać. Kim jestem i jaka odpowiedzialność na mnie spoczywa.
- I nigdy... nie chciałeś wrócić wcześniej?
Spojrzałem na Noela z uśmiechem.
- Nie mogłem. Gdybym wybrał nieodpowiedni moment, zapewne wszyscy byśmy zginęli. Ja nie byłem gotowy. Mój ojciec także. Musiałem zaufać przeznaczeniu. Poza tym, dobrze mi się żyło z dala od pałacu, od etykiety i obowiązków. Byłem... wolny. Tak wolny, jak tylko może być Magin, który nie musi troszczyć się o swoich poddanych.
- Ale poświęciłeś tę wolność – zauważył słusznie Noel.
- Tak. Poświęciłem. Jeszcze nie wiem, czy żałuję. Ale zyskałem matkę i ojca. Nowy dom. I przyjaciela.
Noel musiał zrozumieć, że mówię właśnie o nim, ponieważ zaczął szybko zaprzeczać, jakoby nie był godzien, że to nie wypada i tym podobne bzdury. Naprawdę nie chciałem powtarzać frazesu, że jeszcze przed kilkunastoma godzinami byłem zwykłym facetem. Pachniałem żywicą, smarem i potem. I krzywiłem się, kiedy musiałem zakładać koszule ze sztywnymi kołnierzykami.
Zanim przeszedłem do kolejnego etapu naszej znajomości, postanowiłem uśpić jego czujność. Nie chciałem, by zaczął się zapierać rękami i nogami. Przecież nie chciałem na siłę czynić z niego mojego pierwszego czarownika, prawą rękę świeżo mianowanego Magina!
- Opowiedz mi o swojej siostrze – poprosiłem. – Jesteś do niej bardzo przywiązany, prawda?
Noel znowu przybrał ten dziwny wyraz twarzy, który zauważyłem u niego już wcześniej – jakby chciał coś powiedzieć, ale coś go przed tym powstrzymywało. Wahał się tak przez krótką chwilę, po czym rzucił przysłowiową bombę:
- Yuan nie jest moją prawdziwą siostrą... Łączą nas podobne stosunki, co ciebie i... przepraszam, zapomniałem jej imienia.
- A, mówisz o Gaiyi.
- Tak. Jesteśmy w takiej samej sytuacji, tylko... w przypadku Yuan to ona została przygarnięta do mojej rodziny, a ty zostałeś przygarnięty do rodziny Gaiyi. No i... ona o tym nie wie. Tak, jak i moja matka.
Uniosłem w zdumieniu brwi.
- Co masz na myśli?
Noel znowu przez chwilę się wahał, ale chyba postanowił być ze mną zupełnie szczery. Hm, bycie Maginem miało jednak jakieś plusy. Przynajmniej niektórzy ludzie byli ze mną szczerzy. Zaczęło się od Havela, teraz mogłem doliczyć Noela... Ciekawe, ilu ludzi jeszcze się przede mną otworzy.
Zaczynałem powoli odczuwać potęgę posiadanej przeze mnie władzy.
- Yuan... moja prawdziwa siostra... zmarła zaraz po narodzinach. Moja matka była bardzo słaba po porodzie, gorączkowała i minęło kilka godzin, zanim doszła do siebie na tyle, by zapytać o dziecko. Mój ojciec uznał, że w tak słabym stanie moja matka nie przeżyje szoku wywołanego wiadomością o śmierci dziewczynki, którą z takim oddaniem wydała na świat. Wydał więc rozkaz sprowadzenia do domu innego noworodka. Oczywiście, to miało być tymczasowe rozwiązanie, chcieli powoli uświadamiać moją matkę o popełnionym oszustwie... ale była tak szczęśliwa z powodu wydania na świat dziewczynki, że w końcu zdecydowano się wychować to dziecko jako prawdziwą Yuan.
Zmarszczyłem brwi.
- Ale... jak to? Czyją córką jest w takim razie Yuan?
- Dzieckiem pewnej kobiety, która później została zatrudniona jaka jej niania.
- Ale... jak to? Tak po prostu oddała dziecko? – Nie mieściło mi się w głowie, że jakaś kobieta mogła ot tak oddać dopiero co wydane na świat dziecko. Przecież moja matka prawie oszalała z rozpaczy po tym, jak ja zaginąłem...
- Tak po prostu to nie... Zresztą, całą tę historię podsłuchałem jako sześcioletni brzdąc, bawiąc się w kuchni. Służące lubią plotkować, szczególnie o różnych skandalach. A historia o podmianie dziecka była lubiana przez służące w naszym domu. Czasem mam wrażenie, że jedynymi osobami, które nie zdają sobie sprawy z tego, co się stało, są moja matka i Yuan. W każdym razie zrozumiałem tyle, że kiedy wyjaśniono kobiecie, dlaczego chcą odebrać jej dziecko, zgodziła się dlatego, że obiecano jej później posadę opiekunki, w związku z czym mogła spędzać ze swoim dzieckiem mnóstwo czasu. Poza tym, jako świeżo upieczona matka zdrowej dziewczynki, rozumiała, jaką tragedią dla matki mogłaby być utrata dziecka. Moja matka jest dobrą kobietą. Jest otwarta na problemy ludzi i ma dobre serce... Mieszkańcy Nilvelinu ją lubią. Dlatego nie odmówili jej pomocy.
Cóż, to trochę wyjaśniało sprawę... Troszkę. Nadal nie za bardzo rozumiałem, jak można było zmusić się do takiego poświęcenia, choć przecież sam nie doświadczyłem bycia rodzicem. Nie byłem jednak pozbawiony instynktu rodzicielskiego.
Ale może, gdyby sytuacja mnie do tego zmusiła... Powiedzmy, gdybym miał w podobny sposób pomóc Noelowi...
- Chociaż wiesz, że nie jest twoją siostrą, to nadal jesteś do niej przywiązany, prawda?
- Faylein, ty powinieneś wiedzieć o tym najlepiej. Więzy krwi są... oczywiste. Możesz swoją rodzinę lubić lub nie, ale zawsze masz wymówkę, że to przecież jest twoja rodzina, a jej się nie wybiera... Inaczej ma się sprawa z więzami, które sam tworzysz i utrzymujesz. Tę rodzinę już wybierasz. I musisz o nią dbać.
- Tak... Ja również to rozumiem – przyznałem mu rację, przywołując na usta uśmiech. – Łatwiej wszystko zepsuć, prawda?
- Ja nie chcę niczego psuć. Yuan jest moja siostrą, niezależnie od tego, jaka krew płynie w jej żyłach. Jest... wspaniałą siostrą. Zawsze mnie wspiera i towarzyszy w podróżach, bo wie, jak bardzo nie lubię tłumów. Umie słuchać. No i nie jest rozpuszczona – dodał, a ja natychmiast zrozumiałem przytyk. Nie było sensu się tłumaczyć, że nie mogłem zapobiec rozpuszczaniu Gaiyi, bo Havel chuchał na nią i dmuchał.
Nie zrobiłem tego, ponieważ nie przykładałem do jej zachowania i wychowania większej wagi. Nie chciałem ingerować w naturalny porządek rzeczy, a według niego moja siostrzyczka miała wyrosnąć na rozpuszczoną panienkę, która umiała cieszyć się życiem. W końcu aż taka zła nie była...
- Noelu, chciałbym cię o coś poprosić... – zacząłem, wyczuwając, że moment jest odpowiedni. Dystans między nami znacznie się zmniejszył, co mnie niezmiernie cieszyło. – Obiecasz, że rozważysz moją propozycję na poważnie?
- O co chodzi? – zapytał Noel, nie spodziewając się niczego niepokojącego.
- Chciałbym, byś został moim czarownikiem.
I cisza. Jak makiem zasiał. Tylko świerszcze grały w trawie.
Zrozumiałem, że Noel wstrzymał oddech. I zbladł niczym śmierć. Aż myślałem, że dostanie ataku serca, ale w końcu wyjąkał:
- A... ale ja?
Powstrzymałem się od rzucenia ironicznego komentarza. Rozumiałem, że chłopak był w szoku.
- Noelu, masz zadatki na fantastycznego czarownika. Magia buzuje w twoim ciele. Jesteś nie tylko silny, ale cechuje cię także zdecydowanie, odwaga i otwarty umysł. Jesteś bystry. Powiedziałeś, że nie lubisz tłumów, a ja nie będę cię trzymał przy sobie. Będziesz chodził własnymi ścieżkami, jeśli taka będzie twoja wola. Po prostu... jesteś idealnym kandydatem.
Gdyby nie było ciemno, przysiągłbym, że biedny Noel się zarumienił! Pewnie nikt nigdy nie rozmawiał z nim w ten sposób, a ja miałem nadzieję, że to, co powiedziałem, nie zabrzmiało niestosownie. W końcu nie o to mi chodziło.
- Jeśli... jeśli uważasz, że to słuszne...
- Owszem, ale chcę, by to była twoja decyzja. W końcu czarownikiem zostaniesz do końca swojego życia. Kiedy otworzysz się na magię... już nigdy nie będziesz mógł wrócić.
Znowu zapadła między nami cisza. Tym razem na troszkę dłużej.
- To chyba nie może być aż takie straszne? Wiesz, nie widzę, żebyś bardzo cierpiał...
- Owszem, ale dla mnie magia jest naturalna. Dla innych to może być coś zupełnie... niespodziewanego. Czasem to kłopotliwe, zwłaszcza, kiedy znajdziesz się w otoczeniu opanowanym przez ciężką, niestrawną magię... na przykład tę obecną na przyjęciu. Ty jej nie czułeś, ale ja owszem. I mogę powiedzieć, że zetknięcie z nią nie było dla mnie najprzyjemniejszym doświadczeniem.
- Nie potrafię stwierdzić, czy próbujesz mnie zachęcić, czy zniechęcić... – zamarudził Noel, marszcząc brwi.
Hm, jeśli stawiał takie pytanie, to znaczyło, że pokierowałem rozmową właściwie. Nie chciałem na niego naciskać, w żadnym wypadku. To musiał być jego wybór.
- Próbuję przedstawić ci wszystkie plusy i minusy.
- Hm... A jak w ogóle zostaje się czarownikiem?
- Na twoim ciele znajduje się pewien... zawór bezpieczeństwa, chyba można go tak nazwać. Miejsce, w którym skumulowała się magia, gotowa, by złączyć się z twoją psychiką. Jak na razie jest odłączona. Ten zawór jest niewidoczny dla wszystkich niezainteresowanych, nawet dla mojego ojca i jego czarowników. Mogę go zobaczyć tylko ja z tego prostego powodu, że zostałeś przeznaczony na mojego czarownika.
- A gdzie niby znajduje się ten... zawór?
Dostosowałem wzrok, szybko przeszukując jego ciało w poszukiwaniu miejsca, gdzie gromadziła się energia magiczna. Wystarczyłoby jedno moje dotknięcie, a magia popłynęłaby strumieniem.
- Znajduje się w dolnej części twoich pleców. Na wysokości nerek.
- I wystarczy go odkręcić?
Na wpół pokręciłem, na wpół pokiwałem głową.
- Jeśli go dotknę, twój dar się przebudzi. Zostaniesz czarownikiem. Jestem nawet w stanie nadać ci Strażnika, co od dawna się nie zdarzyło. Tak się składa, że mogę związać twoją moc z żywiołem, co uczyni cię o wiele potężniejszym wojownikiem. Jestem pewien, że bez problemów poradzisz sobie z wykorzystaniem mocy Strażnika.
Noel sapnął, po czym zmienił pozycję – z siedzącej na klęczącą. Wyglądał tak, jakby zamierzał się komuś w tym momencie oświadczyć, tylko że jedna dłoń, którą trzymał zwiniętą na sercu w geście szacunku, burzyła ten obrazek.
- Książę, to będzie dla mnie zaszczyt, móc ci służyć.
Teraz to już się wzdrygnąłem.
- Dobrze, dobrze, tylko proszę, przestań nazywać mnie księciem!
Noel zamrugał.
- Ale przecież nim jesteś...
- Nikt nie zmienia się w przeciągu kilku godzin...  a zresztą, ja jestem skromnym chłopakiem. Jak jeszcze raz nazwiesz mnie księciem, to chyba spłonę ze wstydu.
Dziedzic Nilvelinu uśmiechnął się z przekorą.
- Dobrze. W takim razie... co powiesz na to, bym nazywał cię przyjacielem?
Tak, to podobało mi się o wiele, wiele bardziej.
- Czyżby przemawiał przez ciebie głos rozsądku? – zapytałem, co czym cicho się roześmiałem. – Wstawaj, nie ma po co klęczeć w tej trawie. Chyba, że zamierzasz złożyć hołd matce naturze... w czym nie mam najmniejszego zamiaru ci przeszkadzać.
Kiedy wstał, przywołałem Strażnika Burzy i zapytałem, czy zgadza się na to, bym oddał go w ręce Noela. Strażnik zgodził się bez wahania, emanując magią tuż obok mojego boku, niewidoczny dla samego Noela.
A potem wyciągnąłem dłoń w kierunku jasnego, pulsującego magią punktu na ciele Noela. Magia połaskotała mnie w palce, zanim energicznie spod nich buchnęła, rozlewając się natychmiast po ciele chłopaka. Nie tracąc czasu, utkałem połączenie między jasną, życiową energią Noela a lekką, elektryzującą esencją Strażnika Burzy. Musiałem tkać sprawnie, żeby połączenie było idealne – zanim magia dotarła do każdej komórki ciała chłopaka, w tym do tkanki mózgowej.
Na szczęście tkanie nie było dla mnie niczym nowym, więc wszystko odbyło się bez żadnych problemów. Po kilkunastu sekundach Noel i Strażnik stanowili jedność.
Teatralnym gestem otarłem pot z czoła, odsuwając się o krok.
- Wszystko się udało... Jak się czujesz? – zapytałem, chcąc się upewnić, że niczego nie schrzaniłem.
- Trochę kręci mi się w głowie... i szumi w uszach.
Hm, wyglądało mi to na całkiem normalne efekty uboczne. Dość łagodne, jeśli wziąć pod uwagę fakt, że Noel właśnie stał się magiem. Fajerwerków nie było, ale wiedziałem, że zmiana normalnego trybu życia w magiczny musiała być nie lada doświadczeniem. Chyba nie mogłem zrozumieć uczuć targających Noelem w tej chwili, ponieważ sam nigdy nie przechodziłem podobnej transformacji. Maginem byłem od zawsze... doznałbym sporego szoku, gdyby mi jednak odebrano moje moce.
- Chodź, wrócimy po nasze konie i spacerkiem przejdziemy się do stolicy. Z całą pewnością już na nas czekają... A ty powinieneś się przespać. Twój organizm lepiej się przystosuje do nowych umiejętności, jeśli będzie miał szansę odpocząć.
Noel posłusznie wypełnił moje polecenie, więc spacerkiem, w dobrych humorach, wróciliśmy do Airan. Już z daleka byliśmy w stanie zauważyć, że w pałacu paliły się chyba wszystkie światła – to musiał być znak, że na nas czekano.
Nie tylko życie Noela zmieniło się tego dnia. Ale hej, przynajmniej wchodziliśmy w to nowe życie razem. A to już coś.  

3 komentarze:

  1. hahahahaha! dobre. dobre! ;)samobójstwo z poczucia winy xD i oplułam mój monitor ;P
    hahaha jak to zabrzmiało! To zaciągnicie go w ustronne miejsce na pogawędkę! co najmniej dwuznacznie! xD tak tak, zboczona jestem :P
    Podoba mi się ich relacja ;) i jak sprawnie stali się przyjaciółmi, i że Noel jest jaki jest :) nie spodziewałam się takiej historii Yuan. przeznaczenie ;) Ciekawe jak w pałacu wszyscy zareagują na moc Noela. Toż on teraz jest potężniejszy niż sam magin - król! nie mówiąc już o tych pionkach. A może nie zauważą jego przemiany? Chociaż Yuan na bank zauważy jakieś subtelne różnice. Może ktoś podsłucha ich rozmowę? :) i wybuchnie jakaś afera? aczkolwiek wtedy ugruntowałaby się pozycja Faya, bo tylko magin może powoływać czarowników ;) Nie mogę się doczekać kolejnego rozdziału! :) Buziak wielki i dziękuję za ten ;) Pozdrowienia!:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Muszę... muszę przemyśleć sposób, w jaki wprowadzę Noela jako czarownika na dwór :D Hm, w sumie Fay może go po prostu przedstawić... wróci i powie, że Noel stał się jego pierwszym czarownikiem, a na dowód tego Noel trzaśnie zaklęciem Fay będzie musiał go nauczyć, jak się tka zaklęcia, ale dzięki Strażnikowi sam będzie potrafił to i owo :)

      Usuń
  2. Witam,
    Noel bardzo poważnie podszedł do swoich obowiązków, więc Fay ma swoiego pierwszego czarownika, który też został strażnikiem...
    Dużo weny życzę Tobie...
    Pozdrawiam serdecznie i cieplutko Żaneta

    OdpowiedzUsuń