wtorek, 16 kwietnia 2019

[Białe Miasto] Prolog


Czas zwalnia na krótką chwilę, gdy Bah-ba wyciąga ku mnie swoje małe, pomarszczone dłonie. Siedzę pośrodku kręgu ognia, a paląca się oliwa gryzie mnie w oczy, więc nie widzę tak dobrze znanych mi konturów twarzy Bah-by. Nie potrafię też rozpoznać rysów twarzy otaczających mnie ludzi, choć żyłam z nimi przez czternaście lat – służyli mi radą i pomocą, a teraz byli świadkami mojego wejścia w dorosłość. Byli Strażnikami Kręgu Ognia – tego, który teraz otaczał moje ciało i oczyszczał ducha. Nie widziałam ich oczu. Tylko małe, niewyraźne sylwetki z opuszczonymi w skupieniu głowami. Ciepłe, pomarańczowe światło rozmywało kontury świata wokół mnie.
Bah-ba górowała nade mną, choć powinno być na odwrót. Od wielu, wielu lat służyła naszemu ludowi w charakterze przewodnika. Nazywano ją Wiedźmą, ale była także kimś ponad to. Dzieliła się z nami swoją wiedzą i doświadczeniem, uczyła wojowników walki i znała się na ziołach. A także, przede wszystkim, obdarzała nas magią. Była malutką, drobną staruszką, przypominającą bardziej dziecko niż stateczną matronę. Mimo to, w tym momencie wydawała się potężna i majestatyczna.
Ogarnął mnie spokój, gdy jej ręce, miękkie niczym poduszki wypełnione bawełną, dotknęły moich policzków.
Byliśmy jednym z wielu wędrownych plemion. Gdy nadchodził czas, Bah-ba uwalniała nasze moce. Mogliśmy służyć lub walczyć. Dar męstwa i hardości często objawiał się we krwi naszych ludzi. Mój brat, Se-Rey, dwanaście lat temu został obdarzony Honorem. Wciąż pamiętam lśniące pasy jego białej niczym kość zbroi oraz wyprostowane plecy, gdy nas opuszczał.
Klęcząc w tym samym kręgu, co kiedyś mój brat, miałam nadzieję na podobny cud. Gdzieś za zasłoną mroku, w cieniu namiotu, stała moja matka. Była Pieśniarką. Przeszła rytuał w tym samym wieku, co ja, i spędziła dziesięć lat przy boku Kształtującego. Gdy zmarł, zdecydowała się wrócić do nas i założyć rodzinę. Nowemu władcy oddała już syna. Teraz miała cichą nadzieję, że jej córka również dostąpi tego zaszczytu.
Szept Bah-by napłynął do mnie niczym tchnienie wiatru. Nie usłyszałam go jednak w głowie. Rozbrzmiał gdzieś w środku mnie, ale nie w ciele. Usłyszałam go gdzieś… poza sobą.
- Spójrz w głąb siebie, dziecko.
Wiedziałam, co powinnam zrobić. Dzieci przekazywały sobie tę historię, ponieważ rytuał nie był tajemnicą. A przynajmniej jego część. Nadal była to osobista uroczystość, z wieloma niewiadomymi. Uczyliśmy się jednak zawzięcie ,,spoglądania w głąb siebie”, godzinami skupialiśmy się na jakimś wewnętrznym cudzie, próbując zrozumieć tę tajemnicę.
Teraz jednak było inaczej. Czułam, fizycznie czułam, jak spadam. Zapadam się. Ogarnęło mnie dziwne uczucie rozdwojenia. Coś jakby zaczęło wciągać mnie do środka mojego własnego ciała. Nie mogłam oprzeć się temu wrażeniu, lecz ogarnął mnie strach przed tym, co mogło się stać, gdybym po prostu na to przyzwoliła. Mimowolnie sprzeciwiłam się tej strasznej sile, ale poczułam nacisk o wiele silniejszy od mojej dziecinnej woli.
Coś niczym imadło wciskało mnie w środek mnie samej. Mój punkt widzenia się zmienił. Patrzyłam teraz na Bah-bę oczami i… ciałem. Także pole mojego widzenia drastycznie się rozszerzyło, ale widziałam tylko ciemność. I trzask ognia. Zapach oliwy stał się intensywniejszy.
Namiot wypełnił się dymem.
- Szukaj, dziecko. Szukaj siebie. Szukaj swojej drogi.
Objął mnie strach. Wszystko wokół mnie poszarzało. Iskry strzeliły w ciemności i ukazały mi oblicze Bah-by. Miała zamknięte oczy, a jej twarz wyrażała całkowity spokój i rozluźnienie. Wyglądała, jakby spała. Jedna ze zmarszczek na jej czole poruszyła się i otworzyła, odkrywając oko. Wielkie, czarne oko, które spojrzało na mnie z uwagą.
Krzyknęłam, ale moje ciało nie wydobyło z siebie żadnego dźwięku. Poczułam za to, jak wibracja tego krzyku rozdziera moje pole widzenia. Jak obraz zaczyna się rozmywać, a potem dzielić. Na dwoje, troje, czworo… Nagle wszystko zwielokrotniało. Proces postępował szybko.
Ktoś krzyknął. Tym razem naprawdę. Pieśń tego krzyku zawibrowała i scaliła moją duszę. Niczym huragan wróciłam do siebie, tym razem do ciszy i ciemności, gęstej i ciężkiej. Ktoś mnie spychał niżej i niżej, aż poczułam dziwny chłód i lepkość. Czułam, że jestem niematerialna, że te doznania nie mogą wpływać na mnie w żaden sposób, jednak mimowolnie zadrżałam na całym ciele.
Owionął mnie szept Bah-by.
- Pusto?
Znajdowałam się w absolutnej ciemności. Moja dusza drżała, roztrzęsiona. Nadal czułam strach i oszołomienie, choć na powrót stałam się cała i bezpieczna. Wiedziałam, że moje fizyczne ciało nie jest w żaden sposób zagrożone, ale te wszystkie doznania były prawdziwe, choć wcale nie mogły takie być. To był tylko test.
Następne słowa Bah-by wstrząsnęły mną jednak do głębi.
- Nie ma w niej ducha, Seh-Ma. Twoja córka jest Tkaczem.
Znaczyło to tyle, co ,,pospolita”.  
Krzyk rozpaczy został we mnie, gdy Bah-ba wyciągnęła mnie ku powierzchni, do mojego ciała, i scaliła je na powrót, bym mogła stawić czoła swej pospolitości. Gdy zdjęła swoje małe, miękkie dłonie z moich policzków, okazało się, że są mokre od moich łez.
Pospolita.
Oto mój wyrok.

4 komentarze:

  1. Stara dobra Limetka wrocila! ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Hej,
    to dopiero prolog więc za wiele też powiedzieć nie można, ale fakt pozostaje faktem bardzo mnie zainteresowało, świat wspaniale przedstawiony, mamy tutaj dziewczynę, która jak zostało określone jest pospolita nie ma żadnego wielkiego daru, ale już podejrzewam, że dokona wielkich rzeczy...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Żaneta

    OdpowiedzUsuń
  3. Hejka,
    opowiadanie bardzo mnie zainteresowało, pomysł jest bardzo ciekawy...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń