środa, 17 kwietnia 2019

[Białe Miasto] Rozdział 1 - Emril i Biała Wieża


Przyśnił mi się sen o bogu, Rashalu. Widziałam, jak bezszelestnie przemierza hol Białej Wieży. Widziałam także, jak lśniły jego ciemne, lekko kręcone włosy i urocze pieprzyki widoczne na jego skórze koloru dobrego koniaku, tuż koło ust i pod prawym okiem. Uśmiechał się w zamyśleniu, gdy jego wzrok prześlizgiwał się po tłumie pomniejszych magów i ich pomocników, zbierających się jak co tydzień w Białej Wieży po przegląd i odbiór zleceń na ich usługi.
Rashal, bóg Tajemnic, był nadzieją każdego pomniejszego maga. Nadzieją i jednocześnie marzeniem. Mawiano, że jego dotyk potrafił nie tylko zwielokrotnić moc każdego potężnego maga, ale i rozbudzić ją w każdym człowieku. Oczywiście, nikt nie miał tyle śmiałości, by kiedykolwiek go o to poprosić, ale opowieści krążyły wśród ludzi. Że wystarczył dotyk lub kontakt z jego skórą, by w szczęśliwcu obudziły się potężne moce. Niestety, nie było to takie proste, ponieważ bóg chodził zawsze w pełnym rynsztunku, lekkiej zbroi zapiętej pasami na twardym, sztywnym materiale tuniki. No i dochodziła do tego jego aura i autorytet - nikt z nas, zwykłych ludzi, nie odważyłby się tak po prostu dotknąć boga. Chronili nas i byli źródłem naszej mocy, czuliśmy przed nimi nabożny szacunek, choć przebywali tak blisko nas i wyglądali jak my. 
Ale nie byli jak my. My mogliśmy mieć tylko nikłą nadzieję stania się kiedyś godnymi ich uwagi.
Nadzieja stania się kiedyś kimś lepszym od pomocnika obłaskawiała nas, pospolitych magów. To dlatego tak wielu potrafiło wstać z uśmiechem, choć egzystencja w cieniu wielkich tego świata nie była czymś, czego można by nam pozazdrościć.
Ja tęskniłam za swoim domem. Za beztroską dzieciństwa. Za matką śpiewającą kołysanki i ojcem przynoszącym świeżą zwierzynę do domu. Musieli za mną tęsknić, lecz nazbyt dobrze pamiętałam błysk zawodu w ich oczach, gdy dołączyłam do nich po mojej ceremonii, już po wyjściu w ciemną noc z namiotu Bah-by. Nie padło między nami wiele słów, ale wiedziałam, że ich zawiodłam. Sama byłam zawiedziona. I choć każdy z nas wiedział, że tak się może stać – potężnych magów nie było znowu tak wiele – Tkacze byli najmniej szanowani z powodu pospolitości tego daru. Nie było w nim nic wyjątkowego prócz samej magii.
Scalaliśmy to, co zostało podzielone. Skala naszej mocy nie wahała się zbyt drastycznie. Po prostu niektórzy lepiej od innych odnajdywali się w użyciu swojej mocy. Zdecydowana większość z nas kończyła na stanowisku pomocnika w warsztacie jakiegoś mistrza - zazwyczaj Alchemika, Esencjalisty bądź Przerobnika. Ich praca wiązała się z wykorzystywaniem i niszczeniem wielu rzeczy, a dzięki nam ich praca stawała się wydajniejsza. I tańsza. 
Gdy przybyłam do Białej Wieży, musiałam nauczyć się wielu rzeczy, mimo opowieści matki, która mieszkała tutaj przez dziesięć lat. Inaczej sobie to wszystko wyobrażałam. Po pierwsze, Wieża nie była nią w dosłownym tego słowa znaczeniu. Kiedyś nią była i od tego wzięła się jej nazwa, lecz w obecnym stanie obejmowała nie tylko główną, czworokątną budowlę, ale i rozległe korytarze ramion, które objęły wewnętrzny plac z rynkiem i kamienicami piętrzącymi się po murach niczym winorośle oraz Cytadelą wraz z koszarami umieszczonymi na wzgórzu, gdzie mieszkał Kształtujący wraz ze swoją świtą składającą się z najlepszych magów tego świata.
Kształtujący. Tytuł nadawany magowi, który swoją mocą potrafił zmieniać materię tego świata w dowolny sposób. Jego moc ustępowała tylko bogom... a i to były tylko spekulacje. Jego magia nie pochodziła bowiem od bogów, ale od kogoś - lub czegoś - dającego moc samym bóstwom, jednocześnie nie czyniąc Kształującego nieśmiertelnym bytem, zdolnym do dzielenia i przekazywania swojej siły. 
Osobiście bardzo lubiłam naszego obecnego Kształtującego. Może nie obłaskawiał mas nadzieją na lepsze jutro, ale też nie niszczył niczyich nadziei. Nazywał się Emril. Był zarówno spokojnym, jak i pogodnym władcą, który nie upajał się własną mocą. Wręcz przeciwnie. Nie zużywał jej ani dla własnych, ani dla czyichś zachcianek. Mówiono, że rządził mądrze i skromnie.
I codziennie naprawiał nasz świat.
Bliskość bogów była naszym błogosławieństwem i przekleństwem. Nikt nie pamiętał już, ile lat minęło od czasu, gdy zjawili się w naszym świecie i obdarzyli go magią. To właśnie ich przyjście obudziło w ludziach nadnaturalne moce. Nazywaliśmy je magią, ponieważ te umiejętności były czymś niewytłumaczalnym. Wpływały na świat w dziwny sposób – sposób, w jaki wcześniej nic na niego nie wpływało.
Bogowie nie mieszkali między nami. Ich siedziba znajdowała się wysoko na niebie, na podniebnych wyspach, wśród szczątków Złotego Miasta. Oczywiście, taką legendę przekazywaliśmy sobie z ust do ust my, śmiertelnicy. Żaden z nas nigdy nie odwiedził siedziby bogów, więc nikt nie mógł potwierdzić, że ich miasto było rzeczywiście złote. W końcu wydawało się to niepraktyczne. A bogów nikt nie miał odwagi pytać.
Wszyscy jednak znaliśmy ich historię. Kiedy przybyli, rozdzierając niebo i wzruszając ziemię – przez co powstały podniebne wyspy, krążące leniwie nad nami niczym chmury – nauczyliśmy się, że istnieją inne światy niż nasz i że na niektórych z nich żyją istoty o wiele potężniejsze i inteligentniejsze od nas. Nauczyliśmy się pokory. Ale też urosła w nas duma, ponieważ nasi nowi bogowie obdarzyli nas prawdziwą mocą czynienia cudów. Moc ta wiązała się jednak z pewną odpowiedzialnością – nie otrzymaliśmy jej za darmo i po nic.
Co noc nas świat był rozdzierany przez bliskość wymiaru, z którego pochodzili bogowie. Nachodzące na siebie światy darły przestrzeń niczym tanią tkaninę. Niebo otwierało się i szalało, a ziemia i powietrze wydawały na świat potwory. Dlatego wszyscy służyliśmy i dlatego matki oddawały swoje dzieci na służbę. Kształtujący nie był naszym wodzem ani królem, lecz przewodził nam wszystkim – i naprawiał świat. Codziennie kształtował go od nowa.
Emril malował go na płótnie. Za pomocą pędzla i kolorów ponownie przywoływał obraz świata do normalności. Zamykał czeluście, uzdrawiał lasy, odbudowywał mury i zamykał niebo. Dotykiem zmuszał kamień do posłuszeństwa. Potrafił także zmieniać wygląd żywej materii, także ludzi,, ale Emril nie był próżny, nie hołdował także niczyjej próżności, więc nigdy nikogo nie ,,poprawił". A przynajmniej nikt nie słyszał o takim przypadku. Uzdrawiał, jeśli było to konieczne, nigdy nie robił jednak niczego dla czystej przyjemności estetycznej.
On sam był doskonały, choć o tę doskonałość nie dbał. Spotkałam go tylko dwa razy w życiu, i tylko raz z bliska – wtedy, gdy dotarłam do Białej Wieży – lecz doskonale zapamiętałam jego wygląd. Wyszedł akurat z pracowni i, nie zwracając uwagi na chaotyczny taniec swoich doradców, którzy z całego serca doradzali mu się ogarnąć, przywitał nowych magów w swoim bastionie. Miał piękne, ciemne włosy, choć nieco rozczochrane, różnokolorowe oczy, które mieniły się niczym pryzmaty, i twarz upaćkaną farbami. Miał dwadzieścia dwa lata, ale wyglądał młodziej, może przez wyraz rozmarzenia widoczny na jego twarzy. Wyglądało na to, że oderwaliśmy go od pracy, ale zamiast przepraszać, zachichotaliśmy i zostaliśmy wynagrodzeni dość nieśmiałym, choć ciepłym uśmiechem.
Lubiłam Emrila. Nie był okrutnym władcą ze starych opowieści. Cieszyłam się, że to on czuwa nad nami i naprawia nasz świat.
Wszyscy zostaliśmy poczęstowani herbatą, świeżym chlebem i ciastkami, a potem otrzymaliśmy przydział pracy. Każda para rąk była przydatna. Ja zostałam oddelegowana do pomocy młodemu magowi Przemiany, Fuere. Miał dziesięć lat, gdy się poznaliśmy – był cztery lata młodszy ode mnie, ale to on miał wydawać rozkazy mnie – a teraz dobiegał lat dwunastu i nadal był marudnym smarkaczem. Potrafił przemieniać kamień w węgiel lub drewno, tym samym zaopatrując Wieżę w potrzebne jej źródła energii, ale oboje zdawaliśmy sobie sprawę, że jego dar nie był najsilniejszy. Ale, jak go nieraz pocieszałam, przynajmniej był potrzebny.
Ja służyłam mu pomocą. Tkacze zajmowali się wszystkimi pomniejszymi sprawami, jeśli akurat nie zajmowali się naprawami. Do tego służyła nasza moc – do scalania tego, co zostało rozbite. Nie mogliśmy wpływać na naprawdę ważne rzeczy, nie mówiąc już o materii świata – nie mieściło mi się w głowie, jak można było czegoś takiego dokonać. Zajmowaliśmy się raczej naprawą rozbitych przez nieuwagę naczyń, naprawą ubrań  i dbaniem o dobrą kondycję domu. Moją specjalnością było tkanie ubrań, co przyczyniło się do mojego przydziału Fuere, który codziennie niszczył i brudził swoje ubranie przy pracy. Z jakiegoś powodu jednak wieczory spędzone przy naprawie jego ubrań stały się dla mnie nie tylko rutyną, ale i przyjemnym obowiązkiem. Pracowałam zrelaksowana, aż do pierwszych wstrząsów.
Rozdarcie nieba zawsze zwiastował ponury pomruk, zanim przecinała je błyskawica.
Magowie tacy jak my – pospolici – nie wychodzili z domów. Wiele rodzajów magii rzucano na Białą Wieżę, by była ona bezpieczna dla jej mieszkańców. Poza jej murami nie było jednak tak bezpiecznie. Osoba taka jak Bah-ba z moich wspomnień ochraniała wędrowne ludy, ale gdyby nie praca magów, nawet wiedźmy nie ochroniłyby ludzi przed atakiem tych, którzy przybywali z innego świata. Spaczeni, tak nazywali ich bogowie.
Co noc wojownicy wyruszali, by ochronić nasz świat. Biała Wieża i magowie w niej mieszkający byli jedyną linią obrony naszego świata. 

Zacisnęłam mocniej powieki, chcąc przywrócić obraz Rashala, lecz sen już odpływał. Moje myśli były zbyt rozproszone, wizerunek boga Tajemnic rozpłynął się we mgle. Na nic zdały się próby jego ponownego przywołania, nawet moja magia nie mogła scalić jego sennego obrazu. Uciekał przed moimi pragnieniami, czułam się tak, jakbym chwytała powietrze.
- En-ha, wstawaj!
Ktoś niecierpliwie poganiał kogoś o tym imieniu tuż obok mnie. Było to nieznane mi wcześniej doznanie, ponieważ po raz pierwszy nocowałam w siedzibie Kształtującego. Pamiętałam, ponieważ poprzednia noc była niepokojąca. Wstrząsy były tak wyraźne, że wzruszyły nawet magicznymi barierami. Więcej magów niż zwykle zostało zmobilizowanych, a reszta z nas schroniła się w Cytadeli. Oczywiście, zostaliśmy umieszczeni w kwaterach służby. Emril nie traktował służby źle, ale nawet jeśli był miłym władcą, istniało w jego domu skrzydło dla mniej wartościowych magów, którzy odpowiadali za jego potrzeby. Nie byłam zszokowana.
Ale fakt, że był to pierwszy raz, kiedy spędzałam noc pod tym dachem. Gdzieś w pobliżu, w tych samych ścianach, był Kształtujący. Abstrakcyjne uczucie. Kształtujący, który zapewne właśnie naprawiał świat.
Otworzyłam oczy, zdumiona i zachwycona tą myślą.
Jedna z dziewczyn budziła zaspaną koleżankę z sąsiedniego łóżka. Zawsze odnosiłam wrażenie, biorąc pod uwagę przede wszystkim swoje doświadczenie, że służba nie ociąga się ze wstawaniem, ale najwidoczniej w tym wypadku tak nie było. Dziewczyny wstawały niespiesznie, przeciągając się i trąc oczy. Ktoś zawołał, że woda jest gotowa. Woda?
Kilka dziewczyn podreptało w stronę uchylonych w głębi pomieszczenia drzwi, biorąc po drodze ręczniki i ubrania. Po chwili można było usłyszeć szum wody i zobaczyć parę sączącą się do pokoju. Więcej dziewczyn zaczęło wstawać. Spało ich tutaj około dwanaście, wraz z tymi, które już wyszły.
Zaciekawiona, dołączyłam do kolejnej fali chętnych. Zrozumiałam, że idziemy pod prysznic – i choć termin nie był mi obcy, sama czynność była dla mnie tajemnicą. Woda spadająca na mnie z urządzenia niczym deszcz?
Poranna toaleta okazała się dla mnie czymś zupełnie nowym. I bardzo przyjemnym. Dziewczyny, które zebrały się w łazience, wymieniły się ze mną zwyczajowymi uprzejmościami. Nie zapamiętałam ich imion, a ich dary były podobne do mojego. Pospolite.
Ktoś odsłonił okna, więc czas w końcu zaczął mieć znaczenie. Słońce nie wzeszło wysoko, jego pierwsze promienie dopiero lizały wstrząśniętą ziemię.
W pokoju ucichło, gdy stało się dla nas jasne, jak poważne były zniszczenia. Musiałam przyznać, że nawet przebywając w Białej Wieży już od dwóch lat, nigdy nie byłam świadkiem takiego obrazu za oknem. Ulice wyglądały jak wielkie rany ziejące czernią, a wydobywający się z nich dym kładł się ciężko na gruzach. Całe prawe ramię muru leżało zniszczone, domy zostały potrzaskane, kamień leżał zgnieciony i skruszony niczym porcelana.
Niebo rozdzierały pasy. Rozdarcia Pustki. Nie było za nimi innego, magicznego świata, tylko czerń i widok na obce gwiazdy. Krawędzie szczelin lśniły rubinową czerwienią, a krwisto pomarańczowa poświata rozchodziła się od nich i rozciągała szeroko po niebie, łącząc z kolejnym rozdarciem i kolejną nieskończoną pustką pulsującą czerwienią na brzegach, przerażającą wyspą okoloną krwistą rafą.
 Pośród tego krajobrazu strachu i zniszczenia zobaczyłam sylwetkę boga. Stąpał ostrożnie, lecz pewnie, najwyraźniej przyzwyczajony do lawirowania między ruinami świata. Jego biała cera i dziwne, białe włosy, które lśniły srebrem i fioletem w porannym świetle, sprawiały, że można było pomylić go z istotą z zaświatów. Jako jedyny z bogów nie nosił zbroi, lecz okrywał go piękny, szmaragdowy płaszcz, podkreślający jego delikatną urodę.
Był to Havemal, bóg Zaświatów. Stąpał ostrożnie, a jego ciało zdawało się rozpływać i łączyć w opadającym dymie i mgle. Ciągnęła się za nim mglista, drżąca smuga. Dusze. Migotały niczym miraż, choć nie odbijały światła.  Nikt z żywych nie mógł uchwycić ich kształtu, ale smuga wydawała się ciągnąć w nieskończoność. Ile dusz mogło podążać za bogiem Zaświatów? Przeprowadzał je na ,,drugą stronę”, ale potrafił także związać je ze sobą i sprawić, by mu służyły. Trudno było stwierdzić, czy tego ranka prowadził ze sobą swoje nieśmiertelne wojsko, czy wykonywał swój obowiązek.
Patrzeliśmy w ciszy, jak przechodzi przez zniszczony plac i znika za gruzowiskiem prawego muru. Ciągnąca się za nim smuga także zniknęła, gdy przestaliśmy patrzeć na boga.
Zarówno z mojej, jak i kilku innych piersi wyrwał się drżący oddech. Aż do tej pory nie zdawaliśmy sobie sprawy, że go wstrzymujemy. Nasze serca nagle przyspieszyły, a płuca zachłannie wciągały powietrze.
- No, teraz do roboty! – Jedna z dziewcząt przerwała ciszę i napięcie zniknęło.
Zanim jednak zdążyłam się odwrócić, zostałam świadkiem cudu. Tego, który zdarzał się codziennie, choć dzisiaj miałam na niego wyjątkowy widok. Cytadela stała na wzgórzu, więc z okien rozciągał się szeroki widok na całą Wieżę. Z mojego domu zazwyczaj widziałam tylko kawałek ulicy i placu, ale dziś zobaczyłam piękno magii Kształtującego w całej jej okazałości.
Pierwsze było niebo. Rozdarcia Pustki zamigotały, ale poddały się kształtującej je sile maga, który malował całe niebo na nowo. Słońce wschodziło i obejmowało coraz większe połacie horyzontu, gdy znikały rozdarcia. Świat pojaśniał. Potem, od linii horyzontu, zaczęły się kolejne zmiany. Powstawały, od nowa, połacie lasu, polany i równiny, aż objęły obszar wieży. Wszystko wokół nagle straciło kontury, jak miasto w mglistym deszczu. Ziemia zmieniała się na moich oczach – stawała się gładka, piękna, brukowane uliczki i plac odnawiały się, lecząc rany i rozdarcia w kamieniu. Prawe ramię – doszczętnie zniszczony mur – podniosło się, a pnące się w tej dzielnicy domy uformowały się łatwo, zupełnie, jakby były zrobione z gliny, a nie z twardego kamienia i szkła. Odrodziły się ogrody, studnie i połamane stragany. W końcu pojawiały się detale – latarnie, ławeczki, rabaty kwiatowe i wiszące proporce. Wszystko nabierało światła i kolorów.
Patrzyłam na to wszystko z nabożnym lękiem, ale i radością. Emril stał za tym cudem – nie przewodził nam, ale poszlibyśmy za nim w ogień i czeluście wszechświata. Niektórzy mówili o nim tak, jakby był tylko narzędziem, ale ja widziałam w jego magii więcej. Kiedy na moich oczach pojawiały się detale, zdobienia balustrad, zwieńczenia na fontannie w centralnym placu, proporce na wieżyczkach haftowane w herb Białej Wieży, gdy rodziły się pierwsze główki kwiatów w zielonych ogrodach – wiedziałam, że odnawianie świata nie jest dla niego tylko obowiązkiem.
Piękno kolejnego dnia całkowicie mnie olśniło. Mogłabym stać tak przy oknie cały dzień, podziwiając magię Emrila i jego kunszt, ale dziewczyny za moimi plecami zaczynały opuszczać pokój. Niektóre z nich zabierały się do pracy w Cytadeli, inne wracały do swoich magów tak, jak ja.
Dołączyłam do nich, ale wkrótce się rozeszliśmy. Dziewczyny wchodziły do różnych korytarzy i pokoi. Ja szłam zgodnie ze wskazówkami do wyjścia, omijając główne komnaty maga. Inni magowie trzymali nad nim ścisłą straż, zwłaszcza teraz. Nawet, gdyby nie było zakazu zbliżania się do Emrila, i tak nie chciałabym przeszkadzać mu w pracy.
Schodziłam właśnie po schodach, gdy poczułam nie tylko czyjąś obecność, ale i zapach. Owinął mnie niczym kokon, zatrzymując w miejscu. Był niesłychanie pociągający. Czułam kwiatowe nuty, ale były tak egzotyczne, że nie byłabym w stanie rozpoznać i wymienić poszczególnych nut. Wiedziałam tylko, że zatrzymał mnie w miejscu i oszołomił.
- Dzień dobry.
Ktoś posłał mi słowa powitania, schodząc po schodach obok mnie. Odwróciłam głowę, nadal upajając się niesłychanym bukietem zapachowym. Rumieniec natychmiast oblał moje policzki.
Wysoki, ciemnowłosy i całkowicie rozchełstany, jakby dopiero co wstał z łóżka i nie przejmując się ani higieną ani swoim wyglądem pomaszerował przed siebie, mijał mnie Asima. Nigdy nie widziałam z bliska tak czarnych, niemal granatowych włosów. Niesforna grzywka przykrywała przepaskę na jego lewym oku. Drugie, złoto-brązowe, prześlizgnęło się po mnie bezinteresownie. Fakt, że się ze mną przywitał, wskazywał jednak na to, że mnie zauważył i nie zlekceważył, na co wskazywało jego rozkojarzenie.
Asima był magiem Życia, Życiodawcą. Troszczył się o wzrost i rozwój roślin w ogrodach i odpowiadał za wszelkie uprawy. Jeśli nie stąpał po twardym kamieniu, ziemia po prostu pod nim rozkwitała. Wszystko rosło pod jego czujnym okiem i dotykiem. Potrafił także uleczać rany, nawet te najcięższe. Nie potrafił odwrócić śmierci, ale na pewno potrafił ją odsunąć, jeśli w kimś tliła się jeszcze iskierka życia.
Poza tym, był najsilniejszym magiem obok Emrila i jego najbardziej zaufaną osobą, spotkanie z nim było niemal tak samo niemożliwe jak z samym Kształtującym. Fakt, że przechodził obok mnie, jakby nie zdawał sobie z tego sprawy, zaparł mi dech w piersi. I choć wiedziałam, że taki właśnie miał charakter, że niczego innego nie mogłam się po nim spodziewać, poczułam drżenie na całym ciele, a moja twarz zapłonęła.
Wydukałam słowa powitania, odpowiadając na jego wcześniejsze słowa, i poczekałam, aż mnie minie i zniknie z pola mojego widzenia. Zapach nadal mnie otulał i odurzał. Był… fantastyczny. Świeży, niczym poranna rosa, ale intensywny. Kryły się w nim piękne, obce nuty.
Drżałam jeszcze przez długą chwilę, trwając w bezruchu na schodach, i upajając się cudownością tego poranka. Miałam wrażenie, jakby w tym momencie otworzyło się przede mną coś pięknego. 
Szansa na zmianę. 

2 komentarze:

  1. Hej,
    opisy są cudowne, ten świat fantastycznie przedstawiasz... czyżby ktoś zawrócil w głowie ;)
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Żaneta

    OdpowiedzUsuń
  2. Hejeczka,
    opisy są naprawdę cudowne przedstawione, a ten świat fantastyczny... czyżby ktoś tutaj zawrócił w głowie... ;)
    weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń