sobota, 20 lipca 2019

[Dylemat Charlie] Rozdział 5 /Szkic/

Charlie nie wiedziała, czy powinna pytać. Czy wypada. Była szczęśliwa z Davidem. Nawet nie chciała wiedzieć. Ale tkwiło to w niej niczym zadra. Doszło do tego, że nie była w stanie pracować. Siedziała nad panelami, zupełnie nie mogąc się skupić. 
Dlaczego Libby to powiedziała? Oczywiście, mogła spróbować pytać, ale wiedziała, po prostu czuła, że nie otrzymałaby odpowiedzi. 
Dlatego zapytała Davida. 
Jego reakcja jednak zupełnie ją zaskoczyła. 
- Nie wiem - odparł krótko i dość ostro. 
Czyli wiedział. Charlie znała go na tyle, by poznać po tonie jego głosu, kiedy kłamał. 
Zastanawiała się, czy to było ważne. I dlaczego teraz? Przecież Libby mogła zachować tę wiedzę dla siebie. William pewnie też nie chciał, by ta wiedza wypłynęła, i to w taki sposób. Charlie była na tyle dyskretna, że nie zdradziła się z niczym do końca przyjęcia, ale w końcu cały czas ją to gnębiło. Will miał swoją rodzinę i żył całkiem szczęśliwie. Jego żona była ładna i sympatyczna, była świetną gospodynią i matką. Stąpała po ziemi nieco mocniej niż mąż, ale właśnie to tak naprawdę scalało ich związek. 
Następnego dnia przy śniadaniu David przetarł ze znużeniem twarz i zapytał:
- Libby coś mówiła? 
Charlie z lekkim oporem powtórzyła słowa przyjaciółki. 
- To nie jest kompletna bzdura, ale też nie do końca prawda. - odparł David. - Byłaś, hm, muzą mojego brata. Jego nimfą. Stawiał cię na nietykalnym piedestale. Imponowało mu, że wolisz spędzać wieczory samotnie niż chodzić na randki. Nazywał cię Samotną Damą czy jakoś tak. Nie mogłem tego słuchać. Był w tym sensie zupełnie oderwany od rzeczywistości. Wybacz, że to mówię, ale gdybyś jakimś cudem potraktowała jego górnolotną poezję jako zaloty i zaakceptowała mojego brata, oboje skończylibyście na dnie morza w romantycznym akcie samobójstwa. Libby namiętnie darła te jego wiersze. Niektóre były... dziwne. Cóż, fantazje młodego, głupiego chłopaka. 
- Myślisz, że naprawdę byłoby tak źle? 
David nie wahał się. Nie obrócił tego nawet w żart. 
- Tak. Wierz mi, on jest szczęśliwy z Monicą. Ona sprowadza go na ziemię, o której istnieniu trzeba mu czasem przypomnieć. 
- Wiesz... - Charlie zaczęła, nieco nieśmiało. - Lubiłam Willa, naprawdę, ale nawet gdyby wtedy coś powiedział, nie sądzę, bym go zaakceptowała. Nie tak... jak ciebie. Chyba od zawsze patrzyłam tylko na ciebie. I byłam zazdrosna o twoje dziewczyny, nie jego. 
David posłał swojej żonie długie, nieco zagadkowe spojrzenie, po czym otworzył usta... Gdy wtem do kuchni wpadł James, z wachlarzem arkuszy pod pachą. 
- Mamo, mamo! Zobacz, to Teddy!
Nagle wszędzie zaroiło się od papieru - na stole, podłodze, krzesłach i na talerzu Charlie, tuż obok niedokończonego jajka sadzonego. Mały chłopiec z kolei już gramolił się na kolana ojca. 
- Tato, tato, narysowałem Pazurka!
Żeby choć trochę ogarnąć chaos, chłopca trzeba było pochwalić i wysłać do łazienki. Kiedy małe tornado o małych nóżkach wybiegło z kuchni, David spojrzał z rozbawieniem na swoją żonę, która ze zmarszczonymi brwiami zbierała teraz nieco zatłuszczone arkusze. 
- Co? - mruknęła, zaglądając pod krzesło. 
- Nic. Kocham cię.  

- Córeczko, naprawdę cię kochałam. Uwierz mi, proszę!
Charlie nie wiedziała, jak to się stało. Dlaczego? Z jakiego powodu? Nie znała tej kobiety, która twierdziła, że jest jej matką, choć wszystkie przedstawione przez nią dokumenty na to wskazywały. Charlie czuła się obnażona i zaatakowana. Żadne znaki na ziemi i niebie nie wskazywały na to, by kiedykolwiek miała spotkać swoją matkę - a jednak kobieta, która była jej teraz całkiem obca, odszukała ją i prosiła o wybaczenie. Prosiła o miłość, której Charlie dla niej nie miała i nie czuła.
Charlene nie była już jednak bezbronnym dzieckiem. Nadal tkwił w niej strach, który pozostał jej z czasów, gdy została porzucona, ale zarówno David, jak i James, wypełnili w niej tę straszną pustkę. Nie była już sama. A wspomnienie babci, która poświęciła niemal dwadzieścia lat swojego życia, by wychować i wesprzeć wnuczkę, jeszcze ją wzmocniło.
- Rozumiem, że rzucił cię jakiś twój kochanek?
Spojrzenie matki stało się zagubione i zranione.
- Z nikim się nie spotykam ani nie spotykałam. Przyjechałam tu tylko dla ciebie, córeczko!
Charlie miała dość nazywania jej ,,córeczką". Nie była niczyją córeczką przez bardzo długi czas. Teraz była żoną i matką. Wcale nie chciała wracać do czasów, gdy tęskniła za posiadaniem rodziców, dla których byłaby kochaną córeczką. Teraz było już za późno, czuła to całą sobą.
- Nie prosiłam cię o to. Nie znam cię. Po tych wszystkich latach po prostu... przestałaś dla mnie istnieć.
- Charlene...
Nie wzruszyło jej to. Charlie pomyślała przez chwilę, że kiedyś o tym właśnie marzyła. O matce, która wraca, bierze ją w ramiona i obiecuje, że już zawsze będą razem. Że tym razem zabierze ją ze sobą, że jest dla niej najważniejsza. Tak się jednak nie stało. Charlene długo czekała na tę chwilę... ale teraz nie czuła już nic oprócz pustki. Gdzieś w niej tlił się może płomień współczucia dla tej kobiety, której twarz wskazywała na to, że wiele przeszła. Zmarszczki widoczne na jej twarzy nie powstały od częstego śmiechu, to było oczywiste.
To był jednak jej wybór. To ona odeszła.
Charlie nie chciała, by teraz wróciła. Nie do niej. O ojcu też już nie myślała. Nie potrzebowała.
Miała inną rodzinę. Swoją rodzinę. A jedyną osobą, o której myślała w kategoriach rodzicielskich, była jej babka, która zastąpiła jej matkę i ojca, i wzięła na swoje barki wychowanie małej dziewczynki, choć bez męża musiało być jej ciężko podołać wszystkim obowiązkom. Teraz, gdy Charlie dorosła i założyła własną rodzinę, potrafiła docenić ogromny wysiłek swojej babci i była jej za niego niezmiernie wdzięczna. Rodzina Murrayów również przyjęła ją i traktowała jak córkę, za co także miała wobec nich dług wdzięczności. Bez nich nie miałaby szansy doświadczyć rodzinnej atmosfery i bliskości.
Bez tych ludzi w swoim życiu wyrosłaby na bardzo samotną osobę.
Jej matka nie miała prawa pojawiać się w tym momencie w jej życiu. Nie potrzebowała jej.
- Idź już. Nie chcę odnawiać naszej znajomości. Nie wiem, co skłoniło cię do odszukania mnie i proszenia o niemożliwe. Jeśli chcesz nagle przyznać się do córki odnoszącej sukcesy, muszę cię zmartwić. Ja nie chcę przyznawać się do matki, która opuściła mnie dla kochanków w swoim życiu.
Jej matka nadal robiła scenę. Były łzy i wyrzuty, ale Charlie nie złamała się. Z każdym słowem kobiety, której nie znała, a która chciała nagle pojawić się w jej życiu, rósł w niej mur. Coraz bardziej chciała ją odepchnąć. Chciała, żeby sobie poszła. Jej słowa stawały się coraz ostrzejsze, choć nigdy wcześniej nie przemawiała do nikogo z taką zaciętością. Rosła w niej agresja.
Nie chciała znać tej kobiety.
W końcu została sama. Jej matka ostrzegła, że Charlie jeszcze za nią zatęskni i dlatego podała jej adres, pod którym mogła ją znaleźć.
Ale Charlene wiedziała, że nigdy jej nie wezwie.

Jeszcze kilkakrotnie jej matka proponowała, by podały sobie dłoń na zgodę. Przyszła nawet na jej wystawę, gdzie Charlie nie spodziewała się jej spotkać - to były chwile, w których swobodnie rozmawiała z osobami z tego samego środowiska, o tych samych zainteresowaniach i problemach, gdzie dzieliła się nowinkami z artystycznego i wydawniczego świata, a także opiniami i zmartwieniami. Spotykała się z wydawcami i fanami.
Jej matka była elementem, który nie pasował na tych spotkaniach. Na nieszczęście, przedstawiła się jako matka Charlie i zebrała niemałą liczbę pochwał za córkę, z której wychowaniem nie miała nic wspólnego. Na szczęście bliscy przyjaciele Charlie, z którymi współpracowała od dłuższego czasu, przyjęli ją sceptycznie i próbowali uświadomić, jak bardzo niepożądana jest jej obecność.
Stawało się to problemem.
Na szczęście, Charlene była na tyle znaną osobą, że szybko mogła się tym zająć. Nie chciała tego robić, w końcu - mimo wszystko - ta kobieta była jej biologiczną matką, ale jej zachowanie zaczynało przypominać nękanie. Pewnego dnia wspomniała o tym Davidowi, a on posłał jej dziwne spojrzenie. Zupełnie, jakby pytał, dlaczego jeszcze nic z tym nie zrobiła.
Następnego dnia wszystko ruszyło, i niedługo potem Charlie mogła już zapomnieć o problemie kobiety, która chciała sobie przypomnieć, że kiedyś była jej matką.

James dorastał. Dziwnie było uświadomić sobie tę prawdę. Z małego chłopca, którego wszędzie było pełno, wyrastał na cichego, miłego młodzieńca. Zawsze trzymał się małej, zaufanej grupki przyjaciół, spędzał też wiele czasu w swoim pokoju na szkicowaniu albo graniu. Uczył się dobrze, choć nie lubił siedzieć nad podręcznikami, mimo zachęty ze strony rodziców. David był bardziej surowy w tym względzie, ale Charlie przekonała go, by pozwolił ich synowi decydować, jak wiele wiedzy chce przyswajać. Było to ryzykowne i David pokłócił się ze swoją żoną o to, ale w końcu wyszło to chłopcu na dobre. Chłopiec był ambitny, choć wcale nie dążył do bycia wybitnym. Wolał być gdzieś pośrodku. David był zawiedziony, ale Charlie chciała, by ich syn był szczęśliwy. W końcu oboje zdecydowali się na dziecko pod wpływem chwili, był ich skarbem i nieustającym źródłem szczęścia. Powinien być szczęśliwy.

W końcu Charlie również była szczęśliwa.

2 komentarze:

  1. Hej,
    kochana ja tak z pytaniem co u Ciebie słychać, no bo trochę czasu już upłynęło a tutaj cisza...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Żaneta

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej, dziękuję że wpadłaś! Niestety z jakiegoś powodu nie widzę informacji o komentarzach na mejlu, dlatego dopiero teraz odpisuję (wróciwszy do opowiadania) ^^
      Napisałam kilka rzeczy, ale są w stanie, ehem, surowym, ale jak tylko znajdę czas to je poprawię opublikuję :-) Praca pochłania sporo czasu, a pozostaje jeszcze życie towarzyskie hihi :D
      Jeszcze raz dziękuję za pamięć!

      Usuń